środa, 1 lipca 2015

Rozdział 8

       ~ No nie gadaj!  -Syriusz o mały włos nie zakrztusił się poranna owsianką.
Spojrzałem po reszcie mojej paczki. Wszyscy wytrzeszczali na mnie gały z niedowierzaniem, jedynie Łapa wyszczerzył się do mnie.
       ~ No nareszcie! Myślałem, że nigdy nie przestaniesz świrować! Stary! Teraz świat stoi przed tobą otworem! Wszystkie laski się zlecą! Tylko pamiętaj, że fajniejsze są moje! -Puścił do mnie oko.
       ~ Taa…    jasne. Przepraszam was na chwile, zostawiłem podręcznik do zaklęć w dormitorium. Spotkamy się w klasie. - Ruszyłem w stronę  naszego pokoju.
Czułem na sobie spojrzenia przyjaciół. Wiedzieli, że tak naprawdę po prostu chcę pobyć chwilę sam. Nie poszedłem do dormitorium. Tak naprawdę nie zwracałem uwagi na to gdzie idę. Nogi niosły mnie same. Do zaklęć zostało jeszcze 20 minut. Nawet nie zauważyłem, kiedy znalazłem się przed biblioteką. Wszedłem do środka i usiadłem przy małym stoliczku w rogu. Nie było wiele osób- grupka Krukonów na oko z 4 roku, dwie Puchonki plotkujące i chichoczące przy półce, jakiś Ślizgon rozmawiający z…    Sonią?
Podszedłem bliżej chcąc podsłuchać o czym rozmawiają. Nie wyglądało na to by czarnowłosy chłopak jej dokuczał. Czemu Sonia z nim gada? Co to za typ? Chłopak nagle wyjął różdżkę i wyczarował Sonii królicze uszy.



                                                                                             ***



 Zaśmiałem się głośno. Sonia wyglądała naprawdę malowniczo z uszami i z tą plamą na szacie!
          ~ Tak Ci do śmiechu Ślizgonie? Może teraz przestanie Ci być tak wesoło! -Usłyszałem głos zza Soni.
Stał tam ten wszystkim dobrze znany, pyszałek, Potter.
Coś błysnęło na niebiesko i poczułem ciarki w okolicach skroni. Po chwili wymacałem duże kozie rogi  na swojej głowie. Wściekłem się.
          ~ Co Potter? Myślisz, że jesteś taki fajny bo umiesz czarować? Uwierz mi ta panienka nie padnie Ci do nóg dziękować!
Sonia spojrzała na mnie zdezorientowana.
          ~ Wybacz mu Soniu, ten baran jest zbyt głupi by się z nim zadawać, choć. -Wziął dziewczynę za rękę chcąc ją zabrać z sali.
W tedy Sonia się ocknęła. Wyrwała rękę zdumionemu Potterowi i podeszła do mnie.
          ~ Jack wybacz mu. Wiem, że czasem zachowuje się jak przygłup ale lubię go. -Spojrzała na zdezorientowanego Pottera z politowaniem, co bardzo mi się spodobało.
          ~ James, to jest mój brat, Jack. Teraz proszę odczaruj mojego brata. - Słowa "mojego brata" powiedziała z takim naciskiem, że ten młotek się zarumienił, gdy zdał sobie sprawę jaką gafę popełnił. Szybko zdjął zaklęcie i mruknął jakieś niemrawe "przepraszam" w moim kierunku. Po czym ruszył w kierunku wyjścia.
          ~ Pójdę z nim. Zaraz mamy razem zaklęcia a sądzę, że może ma mi coś do powiedzenia. -Mrugnęła do mnie i dała mi buziaka.
          ~ Dzięki za astronomię! -I wyleciała z sali.
Totalnie zapomniała o króliczych uszach. Już miałem za nią zawołać ale wstrzymałem się. Niech będzie trochę ubawu. Uśmiechnąłem się pod nosem, zebrałem rzeczy ze stolika, schowałem je do torby i ruszyłem w stronę wyjścia, po drodze przyglądając się jakiejś fajnej lasce z Hufflepuffu.            



                                                                  
                                                                                                 ***
                                                                                    Godzinę wcześniej

                                                                                                



         ~ CO?!  -Łyżka z owsianką spadła na podłogę.
         ~ Już?! Nie przesadzaj! A właśnie zaczęłam wam układać wspólną przyszłość! -Lucy spojrzała na mnie udając załamaną.
Wzruszyłam tylko ramionami i zaczęłam nalewać sobie herbaty gdy przysiadła się do nas Alice. Ale nie zauważyła, że nalewałam gorący napój i potrąciła mój łokieć. Herbata wylądowała na mojej szacie. Miałam to szczęście, że udało mi się nie poparzyć ale szata była do prania. Alice spojrzała na mnie. Powiedziała tylko "Ups" i już zaczęła trajkotać z Lucy. Westchnęłam i pogrążyłam się w myślach wyłączając się na świat zewnętrzny. Jednak nie trwało to długo.
         ~ Co? Tak późno? A już myślałam, że coś z tego wyjdzie. -Stwierdziła Alice robiąc bardzo zawiedzioną minę.
         ~ Nic z tego nie wyjdzie! Proszę skończmy już tę rozmowę. -Miałam już dość zachowania przyjaciółek. Wystarczy im powiedzieć, że już się kogoś nie kocha i proszę bardzo! Nie zejdą z głowy przez cały dzień, jak nie więcej.
         ~ Muszę jedną rzecz załatwić. Spotkamy się na transmutacji. Paa - I poleciałam do biblioteki.




                                                                                                   ***



           ~ Ja naprawdę podziwiam mugoli! Jak oni przeżywają bez magii? Tyle rzeczy już zrobili….- Uśmiechnęłam się słuchając trajkotania Artura. Byliśmy w kuchni i piliśmy kremowe piwo. Nasze plany na Hogsemeade nie mogła się udać więc zdecydowaliśmy się na kremowe piwo domowej roboty w Hogwarcie. Skrzaty domowe bardzo dobrze już nas znały i zawsze udawało im się  mnie zaskoczyć niezapomnianym i nieporównywalnym smakiem. Byłam szczęśliwa że byłam tylko z Arturem. Wraz z Alice i Sonką dłużej się znałam ale często lepiej się czułam z Arturem. Pewnie dlatego że częściej się z nim widywałam - jako że oboje byliśmy w Hufflepuffie, i na wszystkich lekcjach razem pracowaliśmy.



                                                                                                    ***



Zapadał już zmrok. Ostatnie promienie słońca przemykały między pniami drzew. Jakaś para gnomów ścigała się wokół krzaczku dzikiej jagody. Poprawiłem zbiór włosów jednorożca który uzbierałem podczas szukania testrali, które chciałem nakarmić. Zacząłem iść w stronę zamku gdy usłyszałem jakiś szelest. Załadowałem kuszę, którą zawsze mam przy sobie i krzyknąłem
             ~ Kto idzie?! - Mój głos potoczył się echem pomiędzy konarami.
Odpowiedział mi kolejny szelest. Z krzaków wyłoniła się głowa Jamesa. Tylko, że…
             ~ James! Co ty masz na głowie?! Skąd te rogi?! - Oniemiały patrzyłem na uciekającego oczami chłopaka.
Nagle obok Jamesa pojawiła się kolejna głowa, tym razem bez rogów.
             ~ To ja mu wyczarowałem Hagrid! ~ Syriusz zamachnął różdżką, a James skrzywił się jakby strasznie go to zabolało i rogi jelenia znikły. Dziwnie to wyglądało ale wolałem się nie mieszać.
             ~ Co wy tu w ogóle robicie? Nie powinno was tu być! Jak McGonagall się dowie zarobicie kolejny szlaban! - Spojrzałem w krzak zza którego wyszli.
             ~ Ehhh…  Peter, Remus. Wyjdźcie. - Dwóch chłopców wyłoniło się z lekka przestraszonymi minami.
             ~ Powiecie mi wreszcie co wy tu robicie? - Spojrzeli po sobie.
             ~ Szukaliśmy korkowych jagód. Z ich soku można zrobić super atrament! - Tłumaczył James.
Coś mi tu śmierdziało ale zrozumiałem, że i tak nic mi nie powiedzą.
             ~ No dobra chłopaki…  Tylko pamiętajcie, żebyście sobie nie zrobili krzywdy…  tym atramentem. - Zachęciłem ich ręką, żeby szli przede mną.
             ~ Ale na dziś koniec poszukiwań. Wracamy do zamku!
             ~ Nie powiesz McGonagall prawda? Hagridzie! Prosimy! Lupin poszedł z nami bo go strasznie prosiliśmy! to było przez nas! Jeśli McGonagall się dowie odbierze mu odznakę prefekta! - Wiedziałem, że tylko starają się wybronić przed kolejnym szlabanem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Bardzo lubiłem tę bandę darmozjadów.
             ~ Nie, nie powiem jej. Możecie być spokojni. I zejdźcie już z tego Remusa. - Mrugnąłem do prefekta.
             ~ Dzięki!!! - Krzyknęli jednocześnie James i Syriusz. I pobiegli przed w stronę zamku podkładając sobie nogi i śmiejąc się głośno. Szybkim krokiem ruszyli za nimi pozostali przyjaciele.
Jednak coś mi się nie zgadzało…  Za Syriuszem powiewał długi, czarny, psi ogon…
Chciałem za nimi krzyknąć ale byli już za daleko. Wzruszyłem ramionami, przetarłem oczy i zacząłem przeklinać w myślach zmęczenie i omamy. Skręciłem w stronę mojej chatki.


Hej, przepraszam, że tak długo…
Nie będę wam się tłumaczyć bo po co? Mam do was prośbę- Jeżeli ktoś to w ogóle czyta to proszę, skomentujcie!
Pozdrawiam! :)
                                                                                                                 ~ MoonLight

czwartek, 25 czerwca 2015

Rozdział 7

    
          Nie mogłem uwierzyć że to zrobiła. Nie rozumiałem dlaczego Sonia rzuciłaby się pomiędzy trzy zaklęcia a Narcyzę. Musiałem z nią porozmawiać. Musiałem ją też przeprosić za rzucenie na nią zaklęcia. Reszta huncwotów próbowała mnie przekonywać że nie byłem jedyny winny, ale oni nie rozumieli. Nie dość że byłem potworem i byłem niebezpieczny raz na miesiąc, to w dodatku byłem niebezpieczny nawet za dnia. Wiem że próbowali mnie pocieszyć, ale oni nigdy nie czuli się winni. Wstałem z mojego łóżka, i założyłem buty. Czas zobaczyć się z Sonią.
Dostałem się do skrzydła szpitalnego jak najszybciej. Wszedłem do środka. Ku mej wielkiej uldze Sonia była sama i rozbudzona. Usiadłem przy jej łóżku.
          ~ Cześć…… -Zacząłem nieśmiało.
          ~ Cześć  -Odpowiedziała uśmiechając się lekko.
          ~ Ja chciałem…   yyy…     - No wyduś to z siebie kretynie!
Sonia spojrzała się na mnie wyczekująco.
          ~ Chciałem Cie przeprosić za te zaklęcie, które rzuciłem. Chciałem trafić w Narcyzę! Przepraszam!!  -Wyrzuciłem jednym tchem.
         ~Ależ Remusie! Nie musisz za nic przepraszać! To ja odepchnęłam Narcyzę, wiec nie było w tym twojej winy!   -Sonia położyła jej rękę na mojej.
         ~Ale…. dlaczego to zrobiłaś? Przecież przez nią wylądowałaś w skrzydle szpitalnym! Zostawiła cię pod zaklęciem levicorpus przez trzy godziny! -Miałem nadzieje że uzna moje rumieńce na twarzy za oznak złości. Nie chciałem by wiedziała co do niej czuję. Sonia popatrzyła na bok, i puściła moją rękę.
         ~Po pierwsze to nie była Narcyza tylko Lucjusz, a po drugie nie chciałam byście wpadli w kłopoty.  -Odpowiedziała w końcu. Ja przytaknąłem, rozumiejąc jej dobre chęci. Chwile siedzieliśmy w ciszy.
         ~Muszę pójść na lekcje….   -Chciałbym dłużej z nią zostać, ale nie mielibyśmy o czym rozmawiać. Tylko bym ją przynudzał. Pomachałem jej na pożegnanie ręką a ona zrobiła to samo.
                                                                    

                                                                
                                                                                        ***


Szłam korytarzem gdy usłyszałam dwa głosy: Lily Evans i James Potter stali w pustym korytarzu. Zaczęłam podsłuchiwać.
          ~Wiesz Jamsie…… Długo się nad tym zastanawiałam…. Chcę wyjść z tobą do Hogsmeade w tym roku. Jednak chce być z tobą. - O super, bo brakowało tutaj obściskujących się par. Miałam sobie pójść gdy usłyszałam odpowiedź Jamesa.
          ~Nie. Nie chce być twoim chłopakiem. Przez pięć lat się za tobą uganiałem, a ty cały czas mnie odrzucałaś. Jest już za późno. -Kopara mi opadła.
          ~I naprawdę nie mam szansy tego naprawić? -Załamany głos Lily potoczył się echem po korytarzu.
          ~Obawiam się że nie. Jak już powiedziałem: jest już za późno. Przepraszam. -Lily odwróciła się i odbiegła od Jamesa. On westchnął, rozejrzał się i zobaczył mnie.
          ~Lucy? Co ty tu robisz? -Zapytał zrezygnowanym głosem. Podeszłam do niego.
          ~Przechodziłam, i usłyszałam was…. Muszę przyznać, że wydawało mi się że wyjdziesz z nią…. Mogę wiedzieć czemu z nią nie poszedłeś? -Zapytałam, czując litość do niego. Wyglądał na zrozpaczonego.
          ~ Za długo na nią czekałem. Nie mam ochoty już tego ciągnąć. -Nigdy nie widziałam Jamesa tak poważnego. Chciałam go pocieszyć, więc zaczęłam rozmowę o quidittchu. Razem rozmawiając weszliśmy do wspólnej sali Gryffindoru.
                                                                      
                                    
                                                                                           ***


Razem z Arturem męczyliśmy się nad referatem z eliksirów.
        ~Skończyłam! - powiedziałam, podpisując się. Popatrzyłam na Artura. który też kończył.
        ~Jutro przeczytamy to dobrze? ja już nie mogę… Kto by wiedział że szczęście tak trudno otrzymać! -Artur zażartował.
        ~ Hej, 'Lis, chciałabyś wpaść ze mną do Hogsmeade jutro. Wiem że umówiłaś się z twoimi przyjaciółkami, ale może wcześniej chciałabyś zajść ze  mną do Trzech Mioteł? -Nie musiał się pytać dwa razy. Rzuciłam mu się na szyję zgadzając się.

                                                                     
                                                                   
                                                                                            ***


Szłam korytarzem w stronę dormitorium marząc tylko o tym by rzucić się na łóżko i już nie wstawać.
         ~ Hej! Żetonie Nienawiści! -Usłyszałam głos za sobą. Przewróciłam oczami i uśmiechnęłam się pod nosem. Tylko jedna osoba potrafiłaby zrobić mi taką wiochę przed korytarzem pełnym uczniów. Udałam, że nic nie słyszałam i szłam dalej.
          ~Hej Żetusiu! nie udawaj, że nie słyszysz! -Mój brat Jack dobiegł do mnie szczerząc się do mnie.
          ~ Kiedy przestaniesz tak na mnie mówić? -Zapytałam wkurzona
          ~ Skarbie, wiesz przecież, że nie mam zamiaru przestawać! -Jack wyszczerzył się jeszcze bardziej.
Dręczył mnie tym odkąd miałam 4 lata! Bawiłam się w pirata i właśnie zaatakowałam okręt jakiegoś kupca. Wypowiedziałam wtedy słowa, które moja rodzinka zapamiętała do czasów dzisiejszych a w szczególności mój kochany braciszek. A brzmiało to tak- "Drżyjcie przede mną albowiem jestem tygrysem nienawiści! Jaskinią nienawiści! ŻETONEM NIENAWIŚCI!!!" Co poradzę, że wtedy myślałam, że żeton oznacza coś groźnego?!
           ~Dokąd idziesz Żetusiu? -Spojrzał na mnie ubawiony.
Jack był ode mnie o dwa lata starszy i był w Slytherinie ale to był chyba najfajniejszy Ślizgon na świecie!
           ~ Do dormitorium. Czeka mnie dzisiaj wypracowanie z astronomii. -Spojrzałam zrezygnowana na brata. Dobrze wiedział, że jestem beznadziejna z tego przedmiotu.
           ~ Chcesz pomocy? Mogę Ci to napisać jeśli chcesz dla mnie astronomia to nie problem. Jestem genialny jeśli chodzi o to!
           ~ Jaki skromny! -Mrugnął do mnie.
           ~To jak?
Dałam mu zeszyt z tematem, powiedziałam co i jak i przytuliłam się do niego.
           ~Dzięki - Szepnęłam mu do ucha.
           ~ Nie ma za co. Tylko pamiętaj by potem to przepisać! -Uśmiechnął się do mnie.
           ~ Jasne! Dzięki wielkie! Jesteś kochany! -Uśmiechnęłam się do niego i poszłam do dormitorium.


Mamy nadzieje że wam się spodobało. Jak zawsze, krytyki są mile widziane :)
                                                                                 ~Crucjatka                  

środa, 22 kwietnia 2015

Rozdział 6

      ~ Ćśśś!... budzi się! -Ktoś szepnął. Próbowałam otworzyć oczy, ale zdawało mi się, że przyczepiono do nich jakieś małe odważniki, które obciążyły moje powieki. Kiedy wreszcie otworzyłam oczy oślepiło mnie światło, a przed oczyma widziałam jakieś świetliste postaci.
       ~ Czeeeść. -Szepnęła Lucy.
       ~ Wszystko OK? -Zapytała Alice.
Chciałam usiąść, ale tak łupnęło mi w głowie, że prawie zleciałam z łóżka.
        ~ Taaak... Wszystko OK... Ale z czym? - Zapytałam półżywa.
        ~ Boże... -A już myślałam, że Ci te zaklęcia naprawią mózg... -Powiedziała Lucy.
        ~ Byłoby tak pięknie... -Dodała Alice, szczerząc zęby.
        ~ Ale o co chodzi? Czemu rozrywa mi łeb? -Spytałam zniecierpliwiona.
        ~ Bo dostałaś trzema zaklęciami, które były przeznaczone dla Narcyzy.  -Odpowiedziała Lucy.
        ~ Wiesz, przyznałyśmy Ci obie order spapronusa wszystkusa. -Dodała Alice.
        ~ A, no tak... Co?! To, to ja oberwałam od was i wy jeszcze nawet nie przepraszacie, tylko po mnie jeździcie?!
        ~ Nie, to nie nasza wina, choć jesteśmy w 0,000001% winne. To Lupin rypnął trzecim zaklęciem. Dwa zaklęcia nic strasznego by nie zrobiły, ale trzy to już lekka przesada... -Szybko odpowiedziała Alice.
        ~ Żabę? -Zapytała Lucy wyciągając rękę z czekoladową żabą w moją stronę. Spałaszowałam ją w dwie chwile.
        ~ Remus przez dwa dni tu sypiał... Ale dziś wieczorem Srakwoci zabrali go stąd siłą...  -Dodała.
Nagle zaczęło kręcić mi się w głowie. Poleciałam na łózko i zignorowałam ostatnie słowa Lucy.
        ~ Wybaczcie, ale chyba się prześpię. -Nie zdążyły nawet odpowiedzieć, bo już spałam.

                        

                                                                                     ***



                                                                         Dwa dni wcześniej     
    

       ~ Co to, do jasnej ciasnej miało być?! - Krzyknęła Lucy.
       ~ Ja nie chciałem... - Odpowiedział załamany Remus.
       ~ Ja rozumiem, że miłość miłością, ale chyba mogłeś się człowieku zapytać!  -Wrzasnęła.
Dookoła była cisza tak gęsta, jak mrok, który miałam przed oczyma, gdy zobaczyłam leżącą Sonię.
        ~ Spokojnie. -Powiedział Syriusz, a Lupin schował twarz w dłoniach.
        ~ To był wypa...
        ~ Tak, to był wypadek. I co z tego? -Niespodziewanie się odezwałam i przerwałam Syriuszowi i Lucy, która znowu otwierała usta.
        ~ Nie rozumiecie... Jak byście zareagowali, gdyby Jamesowi, czy Lupinowi, albo któremukolwiek z was coś podobnego się stało? -Zapytałam. Mówiłam to z tak dużą boleścią w głosie, że sama się zdziwiłam, że mam do dyspozycji taki żałosny ton głosu.
        ~ No, jak? -Powtórzyłam, już ze złością w głosie, która z każdą chwilą narastała.
        ~ Jak, do cholery?!  -Nieświadomie już krzyczałam, a  oczy zaczęły szczypać. Byłam tak zła, że czułam jak zaraz pęknę.
        ~ Czego się czepiacie!? -Wrzasnął James.
        ~ Myślicie, że to specjalnie, kretynki! Nie widzicie, jak on to wszystko przeżywa?! Wydaję mi się, czy jak na razie to wy się wydzieracie, a on wygląda na załamanego?! Nie zwalajcie całej winy na niego!
         Popatrzyłam na Lucy. Ja to pół biedy, ale kiedy ona się wkurzy to rozwali w proch. Wyglądała, jakby miała się na nich rzucić i rozszarpać. James zrozumiał swój błąd i chciał przeprosić, ale o dziwo to ja mu przerwałam. Nie chciałam już  go słuchać. Nie chciałam słuchać jak nam wszystko wygarnia. Czułyśmy się winne i to bardziej niż Remus, ale nie chciałyśmy tego pokazywać. Widziałam, że Lucy jest na granicy wytrzymałości, a ja sama czułam, że zaraz się na nich rzucę.
         ~ Jesteście głupi. -Powiedziałam.
Chciałam wziąć ze sobą Lucy i odejść, ale ona już napięcie odchodziła. Rzuciła na nich ostatnie mordercze spojrzenie i już jej nie było.


  
                                                                                      ***



        Czytałam. Nic mnie tak nie odprężało, jak czytanie. Ja i Alice siedziałyśmy i czytałyśmy. Kątem oka zobaczyłam idących bokiem Srakwotów, ale po co patrzeć na te ich nieocenzurowane, obleśne mordy?                   
            Remus już na mnie nie może liczyć, a James niech się dwa razy zastanowi, zanim do mnie podejdzie. Mijały ciche minuty, aż wreszcie wydusiłam z siebie propozycję, o której tak długo myślałam, byłyśmy u niej godzinę temu, ale dalej była nieprzytomna, więc...
         ~ Idziemy do Sonii? -Zapytałyśmy obie w tym samym czasie. Chyba nam obu zaprzątało to głowę. Uśmiechnęłyśmy się do siebie i bez słowa wstałyśmy i udałyśmy się w stronę skrzydła szpitalnego.
         ~ Pamiętaj. Wszystko gra. Nie kłóciłyśmy się z nikim, pokój na świecie i w ogóle, tak? -Zapytałam Alice, a ta skinęła głową.
         ~ I jeśli zobaczę tam Srakwotów, to ewakuuj wszystkich z budynku. -Zażartowałam i atmosfera zelżała. Miło było usłyszeć śmiech Alice. Sama się uśmiechnęłam.
       Weszłyśmy i o dziwo zobaczyłam Patila odchodzącego właśnie od łóżka Sonii. Zdziwione stanęłyśmy jak wryte i patrzyłyśmy, gdy uśmiechnął się do nas i powiedział:
          ~ Cześć...  -Ominąwszy nas wyszedł. A ja zobaczyłam na korytarzu jego kolegę, miłego i zabawnego kolegę i przystojnego...
           ~ Patrz! Ruszyła się!  -Usłyszałam Alice i po chwili już siedziałyśmy rozmawiając z nią na łóżku.



                                                                                        ***



              ~ Hej!  -Usłyszałam. Usiadłam wyprostowana, wyrwana z powolnego przysypiania, czego osoba stojąca przede mną chyba nie zauważyła. Książka leżąca na moich kolanach zsunęła się na ziemię. Zobaczyłam przed sobą piękne brązowo-orzechowe oczy, w których błyszczały wesołe świetliki. O to  przede mną stał Johnattan Blue. Jeden z najlepszych przyjaciół Patila. Ten z którym ostatnio gadałam o quidittchu. Uśmiechnął się do mnie, a ja przypomniałam sobie, że mam rozczochrane włosy i trochę śladów śliny po bokach ust. Szybko je przetarłam, z włosami nie było co poradzić. Przeczesałam je palcami, przetarłam oczy i byłam gotowa do rozmowy.
             ~ Cz-Cześć!  -Odpowiedziałam.
             ~ O co chodzi, Johnattan?
             ~ Chciałem zapytać, czy... Może pożyczyłabyś mi notatki z wczorajszego dnia? Wiesz, nie było mnie.
             ~ A, tak! Oczywiście. Zaczekaj tu momencik, a ja znajdę je wszystkie. Muszę je odkopać z mojej torby.
             ~ Jasne.
             ~ Aaa...  -Zaczęłam.
             ~ Nie chcesz wziąć ich od Patila, lub kogoś, kto jest dobry w notowaniu? Wiesz, moje są OK, ale mistrzem nie jestem. Anna przecież robi takie kolorowe...
             ~ Wiem, ale mieliśmy dwie lekcje zaklęć, obronę przed czarną magią i eliksiry... A jesteś w nich całkiem dobra i tak sobie pomyślałem, że może mi je pożyczysz... A Patill przecież bazgroli, jak kura pazurem. Ale jak nie chcesz, to wezmę od Anny...
             ~ Nie! Nie o to chodzi! Zastanawiałam się tylko, czy moje notatki coś Ci dadzą. Z chęcią Ci je pożyczę i dzięki...  -Chodziło mi o jego uwagę o tym, że jestem całkiem dobra w tych przedmiotach.
    Nim coś odpowiedział pomknęłam na górę, nie chcąc się jeszcze bardziej ośmieszyć. Ta sytuacja była taka żenująca... Pomyślał, że nie chcę mu pożyczyć zeszytów. Jednak, jego uwaga o przedmiotach, w których jestem dobra... Fajnie byłoby, gdyby naprawdę tak myślał... Ale czemu miałoby mi zależeć... Minęła chwila i już byłam na dole z  zeszytami.
             ~ Proszę bardzo. -Wręczyłam mu zeszyty.
             ~ Dzięki wielkie. -Uśmiechnął się do mnie, a ja odwzajemniłam ten piękny uśmiech.
             ~ Mam pytanie... -Zaczął.
             ~ Moooże... Poszłabyś ze mną na spotkanie... Niedługo wychodzimy do Hogsmeade i tak się zastanawiałem, czy może poszłabyś ze mną...
         Co?! Zaprasza mnie na coś w stylu randki!? Czułam, jak w moim brzuchu zaczęły latać motyle... Nie, żeby mi się podobał, czy coś, ale jest miły i przystojny i fajny i zna się na quidittchu…
             ~... I z chłopakami do takiego fajowego, nowego miejsca. Nazywają je Quidittch Caffe. To jest nowa kafejka, gdzie masz chyba wszystkie książki o quidditchu, akcesoria i gadżety. Nawet repliki mioteł! Jak chcesz, to weź ze sobą dziewczyny! A! Mają tam nawet potrawy w kształcie złotych zniczy, czy mioteł! Tooo... przyjdziesz?
         Musiałam mieć minę zbitego psa, bo patrzył na mnie dziwnym, pytającym wzrokiem i miał tak uroczo przekrzywioną głowę, a jego ciemne, rozczochrane włosy opadały mu lekko na oczy.
           ~ Tak! Jasne! Z chęcią się wybierzemy! -Odparłam, udając, że nic mnie to nie ruszyło.
           ~ To super! Będę ja, Patil i Longbottom. -Był podekscytowany. Mi też się podobał ten pomysł, ale byłby jeszcze lepszy, gdyby był tam tylko on i ja. Rozmawialibyśmy o wszystkim i o niczym...
          ~ Dziękuję i do soboty! -Zawołał i wyszedł.
          ~ Do soboty... -Mruknęłam, do jego znikających pleców. Sonia już zdrowieje, więc powinna z nami pójść, tym bardziej, że będzie tam pewna osoba, którą baaaaardzo lubi (wiecie o kogo mi chodzi). Alice się ucieszy, bo będzie Frank (kilka razy z nim gadała i bardzo przypadł jej do gustu), a ja spędzę trochę czasu z Johnattanem... Plus QUIDITTCH. To mówi samo za siebie.

      Mówiłam, że mogą być pewne opóźnienia, bo jestem dziwna... Trochę mi się wszystko pomieszało i to opóźnienie jest duuuże. Cała wina spada na mnie, ale ja ją zrzucę na kogoś innego, więc po co mnie obwiniać. No, ale przepraszam... Wybaaaczcie mi, bo inaczej będzie mi smutno T.T
                                                                                                ~DreamBee                    

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział 5

Wyjrzałam zza rogu.
Po środku korytarza stały dwie postacie. Dziewczyna i chłopak. Rozmawiali przyciszonymi głosami, jednak udało mi się usłyszeć strzępek ich rozmowy.
      ~ Czemu to robisz? Dlaczego tak mnie gnębisz? - dziewczyna spojrzała w oczy chłopakowi.
Spojrzał na nią zdziwiony.
       ~ Ale co ja ci zrobiłem? Wiesz przecież że cie kocham!
       ~ Nie, ty mnie nie kochasz. Widzę przecież jak łazisz z innymi dziewczynami! - Odpowiedziała drżącym głosem.
       ~ To nie tak! Cyziu! Nigdy bym cię nie zdradził. - Uspokoił Narcyzę Lucjusz.
Przytuliła go do siebie.
       ~ Mam na dzieję, że nie kłamiesz. Spojrzała smutno na swojego chłopaka.
Uśmiechnął się do niej.
       ~ Nie kłamię. Poczekaj tu chwilkę. Mam dla ciebie niespodziankę! - Dziewczyna uśmiechnęła się.
       ~ No dobrze. Czekam.
Odwrócił się na pięcie i odszedł korytarzem prowadzącym w lewo.
Na tą okazje czekałyśmy!
Spojrzałam na drugą stronę korytarza. Zza zakrętu wychyliła się Alice. Mrugnęła do mnie. Już czas.
       ~ Ładnie to tak wieszać ludzi do góry nogami? - Głos Alice potoczył się echem po korytarzach.
Narcyza podskoczyła jak oparzona i spojrzała w stronę miejsca gdzie jeszcze przed chwilą widać było głowę Aice.
       ~ Kim jesteś i czego chcesz? - Odpowiedziała przestraszonym głosem choć stanowczo.
       ~ Och to proste - zemsty! ~ Z kolei mój głos przerwał ciszę.
Narcyza rozejrzała się zdezorientowana.
       ~ Następnym razem zastanów się dwa razy zanim zaczniesz znęcać się nad kimś, a szczególnie nad Sonią!
        Jak  wyskoczyłyśmy zza zakrętów. Była otoczona. No prawie bo miała jeszcze dwa korytarze do ucieczki, ale chyba nadto się bała by pomyśleć o ucieczce.
 Uniosłam różdżkę. Alice poszła w moje ślady.
Wszystko potoczyło się tak szybko, ze musiała minąć chwila zanim zrozumiałam co się stało.
         W tej samej chwili ja i Alice rzuciłyśmy klątwy. Trzy strumienie światła pomknęły w stronę Narcyzy. Nagle z korytarza w którym zniknął Malfoy, wyskoczyła Sonia i popchnęła Narcyzę tak, że ta upadła na ziemię. Sama Sonia nie zdążyła jednak uniknąć zaklęć. Gdy trzy zaklęcia uderzyły w dziewczynę, ta na chwile uniosła się na kilka centymetrów i jakaś siła popchnęła ją na ścianę. Upadła bezwładnie.
Podbiegłyśmy do niej.
        Na twarzy, i na rękach zaczęły pojawiać się czarne pasy. Nie wiedziałyśmy jakie będą skutki połączenia się trzech zaklęć, ale wiedziałyśmy ze to nie będzie nic dobrego.
Chwila, chwila! TRZY zaklęcia?
Obie odwróciłyśmy głowy w stronę z którego błysnęło trzecie zaklęcie.
W cieniu stała jakaś postać.
        ~ Ktoś ty? - Zawołała Alice.
Z cienia wyszedł chłopak, i to nie jakiś tam chłopak tylko Remus Lupin w własnej osobie!
        ~ Remus? - Spytała z niedowierzaniem Alice.
- A co ty tu robisz?
Ale on jakby nie usłyszał jej pytania. Jak w transie przeszedł między nami, i ukląkł przy, teraz już wyraźnie pasiastej Soni.
 Przyłożył do jej szyi dwa palce i sprawdził tętno.
Pokiwał głową i wziął ją na ręce, ostrożnie jakby była ze szkła, po czym ruszył w stronę z której przyszedł.
         ~ Remus? - Zapytała już ciszej. Znowu nie odpowiedział.
        Spojrzałyśmy na siebie, nie bardzo wiedząc co mamy robić.
Po chwili wahania ruszyłam za nim, a Alice zrobiła to samo.

Hej, sorki, że dopiero teraz to publikuje.
Wesołych Świąt!

                                                                                                          ~MoonLight

niedziela, 26 października 2014

Rozdział 4

                ~ Panowie, dzisiaj, jak wiecie jest bardzo ważny dzień. – Zacząłem moją przemowę w naszym dormitorium, patrząc kolejno na Łapę, Lunatyka i Glizdogona.
            ~ Jak już pewnie wiecie, przez ostatnie dwa miesiące, ktoś robił miodowe oczka dla Lily. Nadeszła pora ukarać go za to. – Łapa podskoczył ze szczęścia.
                ~ O tak! Nie wiecie jak długo na to czekałem: kolejna okazja na pokazanie ślizgonom że gryfoni są najlepsi! – Zaczęliśmy wymieniać nasze pomysły, Glizdogon dodawał czasem swoje trzy sykle.
                 ~ Rogaczu, Łapo, Glizdogonku, nie myślicie że przesadzamy? Od naszego pierwszego roku w Hogwarcie, nic tylko przeszkadzamy Snape’owi, używając jako wymówki faktem że jest przyjacielem Lily, i że jest w Slytherinie. James, - Remus zwrócił się do mnie, - nie masz problemów z innymi przyjaciółmi Lily, nawet z chłopakami. Syriuszu, - popatrzył na Łapę, - Wiemy lepiej niż ktokolwiek inny czemu nienawidzisz ślizgonów, ale nie wydaje ci się że przesadzasz? Po za tym, nie wszyscy ślizgoni są tacy okropni. – zakończył.
Przez moment panowała cisza, przerwana tylko wtedy, gdy Łapa zatrzasnął za sobą drzwi a Peter tuż za nim. 
              
                 ~ Luniaczku….. – zacząłem.
                 ~ Tak tak wiem, nikogo nie obchodzi że Snape też ma uczucia, że nie wszyscy ślizgoni muszą być tak jak Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymieniać albo Malfoy. – Zamknąłem usta, widząc że Remus wiedział co chciałem mu powiedzieć. To było dziwne. Wcześniej, gdy był zakochany w Soni, (swoją drogą nadal nie wiem czy nadal się w niej nie podkochuje)  nie przeszkadzało mu to jak traktowaliśmy Snape’a. A byłem pewny że nie podkochiwał się w Lilly lub Alice.





                                                                         ***





                ~Oj, no Sam! Proszę, proszę, proszę! – wiedziałam że Samantha była mocno zdenerwowana.
                ~Wiesz co, Alice? Tak bardzo chciałaś zapisać się na te wszystkie zajęcia, nie będę za ciebie pracować! – odeszła zanim mogłam jej coś odpowiedzieć. Za jej plecami, wyciągnęłam mój język.
                ~Serio, proszę ją o pomoc z moją pracą domową, bo nie rozumiem run, nie o pracę za mnie. Ona nie musi tak reagować. – szeptałam ze złością do siebie. Na zaklęciach usiadłam koło Jasmine, jedynej która mnie rozumiała. Sama też miała starsze rodzeństwo, oraz żadna z nas nie rozumiała run. Kiedy wyszłyśmy z klasy natrafiłyśmy na grupę przechodzących ślizgonów. Wśród których był mój jedyny przyjaciel z tego domu: Severus. Miałam  się z nim przywitać gdy zauważyłam nienawiść w jego oczach. Huncwoci znowu zaczęli się nad nim znęcać. Tylko tego mi brakowało. Nie dość że byłam zdenerwowana, zestresowana, to będę musiała powstrzymać Snape’a od rękoczynów już na początku roku. Na szczęście, Lucy i Sonia były tu ze mną. One przynajmniej nie będą wkurzały się o byle co.






                                                                                ***





                ~Jak mogłaś mi to zrobić? Wydawało mi się że mogłam ci ufać! – nie obchodziło mnie że większość gryfonów patrzyła na mnie i Lucy dziwacznie. Zanim mogła coś odpowiedzieć, Alice usiadła pomiędzy nami. 
                ~Co się stało? – spytała, uśmiechając się szeroko.
                ~Zapytaj się tej zdrajczyni.- odpowiedziałam, odwracając się i krzyżując moje ramiona. Wiedziałam że Alice patrzyła się pytająco na Lucy, która przewracała oczami.
                ~Więc, zabrałam jej ulubione ciastka z jej talerza a zanim mogła wziąć więcej wszystko znikło. – naburmuszyłam się, kiedy Alice wybuchnęła śmiechem. Jednak zanim mogłam coś powiedzieć, przed Lucy wylądował list. Nie byle jaki list. Wyjec. Zanim ktokolwiek mógł zareagować, cała Wielka Sala zabrzmiała w głosach dwóch podekscytowanych dziewczyn. Razem z Alice popatrzyłyśmy na siebie, chcąc wiedzieć która wybuchnie śmiechem pierwsza.
                ~Hejka Lucy! – zabrzmiały nasze głosy, i Lucy rzuciła nam mordercze spojrzenie. – wiedziałyśmy że zapomnimy, więc wysłałyśmy to tak na wszelki wypadek. W każdym razie, chciałyśmy ci życzyć wszystkiego najlepszego w dzień twoich urodzin! STO LAT! – wtedy, nasz wyjec wy eksplodował w miliony confetti które spadły na Lucy. Ona tylko rzuciła nam kolejne mordercze spojrzenie zanim wyszła z Wielkiej Sali, zostawiając nas we dwie żebyśmy się śmiały do rozpuku. Zdążyłyśmy tylko jeszcze zobaczyć jak wpada na jakiegoś Gryfona, któremu rozerwła się torba. Zaczęła go przepraszać. Była tak czerwona, że aż z naszej perspektywy było to widać. Naprawiła mu torbę i poleciała przed siebie a gryfon zawołał za nią - Wszystkiego najlepszego!
               

Nienawidzę szkoły. Przez nią tak długo mi to zajęło. I to nawet nie jest takie długie ;_;
W każdym razie, przyjmuje krytyki itd. Itp.
W PIĄTEK NAPRAWDĘ BYŁY URODZINY LUCY! ŻYCZYMY JEJ WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! :D
               




                                                                                      ~Crucjatka

piątek, 26 września 2014

Rozdział 3

        Zmęczona siedziałam nad książkami, a Sonia coś mi dyktowała. Pisałam nawet o tym nie myśląc.
                ~ Gotowe! - Triumfalnie uśmiechnęła się Sonia.
                ~ WIIEEELKIE dzięki za pomoc. Zielarstwo to nie moja brocha. - Podziękowałam jej z westchnieniem ulgi.
                ~ Spoko. - Sonia była bardzo zadowolona.
Usiadłyśmy razem rozmyślając nad rzeczą, która już od dłuższego czasu zaprzątała moje myśli. Nad zemstą na tej, którego imienia nawet nie chcę wspominać, bo jeszcze tu przylezie z tą jej (źle nałożoną) tapetą na twarzy.
                ~ Może rzucimy na nią pryszczoplasta? - Zaproponowała Sonia.
                ~ Zbyt łatwe. - Powiedziałam niezbyt przekonana.
Dłuższy czas się nie odzywałam, a Sonia w tym czasie wymyśliła furę pomysłów.
                ~ Wiem! - Zawołałam z uśmiechem. - Nauczyłam się nie dawno tego zaklęcia, no wiesz, zaklęcia kameleona. Rzucę je na samą siebie i... - Nagle przyszedł mi do głowy świetny pomysł. - Jedna zemsta nie wystarczy... Ja za dwa dni przygotuję swoją, a ty za trzy dni swoją. Niech ta obślizgła małpa z sierścią zamiast włosów poczuje nasz gniew!
Sonia patrzyła na mnie przez parę sekund, ale po chwili podskakując uznała, że to świetny pomysł.
                ~ Co chcesz jej zrobić? - Zapytała.
                ~ Zobaczysz... To będzie OSTRA, bardzo niespodziewana niespodzianka...
                ~ No, weź po...
                ~ NIE! - Przerwałam jej.
                ~ Ok, spoko jak tam sobie chcesz… - Rzuciła mi zdawkowe spojrzenie.
Nagle usłyszałyśmy jeden wielki huk i do pokoju wparowali (durni, głośni, przeszkadzający mi i irytujący) huncwoci, na których ja czasem mówię "Srakcwoci". Otaczało ich grono wielbicielek (ja nazywam je głupimi lalusiami bez mózgownic, ale jak kto woli). Dobre dziesięć minut odganiali się od nich, a ja nie mogłam się nadziwić jak można być tak głupim jak te dziewczyny, niektóre nawet prosiły o autograf, co było tak bezsensowne, że  rozbolała mnie głowa (zapewne jestem uczulona na głupotę). Zastanawiałam się jak dokuczyć huncwotom, kiedy nagle do nas podeszli, a to nie zdarzało się zbyt często, ponieważ ja uważałam, że zbytnio się napuszają i nie zważają na innych, a Sonia miała ich gdzieś.
                ~ Witamy, szanowne i piękne panie. - Uśmiechnęli się.
                ~ Witajcie, szanowni Srakcwoci. - Odpowiedziałam uroczyście. - Cóż waćpanów  sprowadza?
                ~ Mamy do waćpann sprawę wagi wielkiej! - Rzekł poważnie James.
                ~ Słuchamy więc. - Powiedziała Sonia
                ~ Ale teraz już na poważnie. - Dodałam.
                ~ Czy my umiemy na poważnie? - Spytał Jamesa Syriusz.
                ~ Raczej nie Łapo. - Parsknął śmiechem.
                ~ Łapa, Rogacz i Glizdogon chcieli opuścić lekcje zaklęć w czwartek. - Wtrącił się Lupin.
                ~ A ty? - Wyprzedziła mnie w pytaniu Sonia.
                ~ A ja...
                ~ A ja wypinam się na kolegów. - Powiedział Peter, naśladując głos Lupina, który się zaczerwienił.
Ja, Sonia, Syriusz i James się zaśmialiśmy, a ja dodałam:
                ~ Chociaż ty jesteś normalny. - Zwracając się do Lupina. - A z jakiego "ważnego" powodu chcecie je opuścić? - Zapytałam podejrzliwie.
                ~ Żart na... pewnej osobie... - Szybko odpowiedział James.
                ~ Uważacie nas za tępe? Przecież wiemy, że to ma być żart na Snapie. - Powiedziałam patrząc na nich ze złością. Co oni sobie myślą?! Tak nagle do nas podchodzą, proszą nas o przysługę, a nie chcą powiedzieć co będą chcieli zrobić. Właśnie dlatego z nimi nie gadamy, a jeśli już, to kończy się to sarkastycznym obrażaniem siebie nawzajem. Czasem też dochodzi do kłótni, szczególnie wtedy, gdy robią na nas jakieś durne żarty, albo nas wkurzają.
                ~ Myślicie, że nie wiemy, co chcecie zrobić?! - Odezwała się Sonia.
Srakwoci zawstydzeni popatrzyli na siebie.
                ~ Kiedy Sonia została złapana to wam pomogliśmy. - Mruknął Syriusz chwytając się ostatniej deski ratunku.
                ~ Owszem i chwała wam za to. Jednak mogliście nam powiedzieć otwarcie, co teraz planujecie, chyba, że uważacie, że was wsypiemy?- Ostatnie słowa wypowiedziałam zjadliwie.
                ~ Pomyślmy racjonalnie. - Wtrącił się Lupin.
                ~ Nie, dzięki. - Odpowiedziałam mu. - Sonia, pomożemy im?
                ~ Pomożemy im jeśli spełnią jedno nasze życzenie. - Wyszczerzyła zęby.
                ~ Dokładnie! - Zaśmiałam się.
                ~ Chodźcie. Znajdziemy kogoś innego do pomocy. - Powiedział Glizdogon.
                ~ Tchórzycie? - Zapytałam, gdy wychodzili przez dziurę od portretu. Chłopaki już otwierali usta, ale w tym momencie dziura od portretu się za nimi zamknęła.
Chwile milczałyśmy, po chwili powiedziałam:
                ~ Czasem ma się ochotę ich udusić.
                ~ Dokładnie. - Powiedziała Sonia.
                ~ Partyjka szachów?
                ~ Jasne!





                                                                                     ***





Siedziałam przy drzewie razem z Lucy i Sonią, żując moją ulubioną gumę drubblessa.
               ~ Więc ty też możesz zaplanować zemstę! - Dokończyła z zapałem Lucy.
               ~ Super pomysł! - Przybiłyśmy piątkę.
               ~ Macie jakieś plany? Bo nudzi mi się. - Zapytała Sonia.
               ~ Ja idę do sowiarni, wysyłam list do rodziców.
               ~ Pójdziemy z tobą. - Oznajmiła Sonia.
               ~ Czemu mówisz też w moim imieniu? - Mruknęła Lucy, unosząc pytająco jedną brew.
               ~ Bo wiem, że też pójdziesz. - Odpowiedziała Sonia.
               ~ Kto pierwszy w sowiarni wygrywa. - Zawołałam nagle i popędziłam do sowiarni.
               ~ Ej! - Wrzasnęła Sonia.
               ~ Oszukujesz! To niesprawiedliwe! - Ze złością wykrzyknęła Lucy, a ja biegłam dalej, co przyprawiało ją do szewskiej pasji. - Normalnie zabiję! - Krzyczała, a potem już tylko mruczała do Sonii, że wyrwie mi flaki itp. Nagle Sonia i Lucy stanęły. Uznały, że się nie ścigają i wygrana się nie liczy, bo wystartowałam wcześniej. Stanęłam i poczekałam aż dojdą i razem ruszyłyśmy do sowiarni.
Właśnie wchodziłyśmy po schodkach do sowiarni, kiedy usłyszałyśmy rozmowę. Okazało się, że to Narcyza i jej chłopak się kłócą.
               ~ Nie chce mi się z tobą gadać! - Wyrzuciła Narcyza i zaczęła schodzić na dół. W tym czasie Lucy rzuciła na nas szybko zaklęcie kameleona, Sonia zaklęcie wyciszające, a ja znalazłam dla nas kryjówkę.
Lucjusz pobiegł za nią wołając ją.
              ~ Narcyziu! Narcyzo, kochanie!
              ~ Zwalaj! - Krzyknęła i puściła się pędem w dół. Widziałyśmy przez okno jak biegnie przez błonie, uciekając przed swoim, chyba ex chłopakiem.
Cofnęłyśmy zaklęcia, a Lucy parsknęła śmiechem.
               ~ Prawie dowiedziałyśmy się czemu się pokłócili, chociaż... może już zerwali?
               ~ Jak oni mnie wnerwiają! - Zawołała Sonia, a ja w tym czasie wysłałam już sowę.
               ~ Dowiedzmy się jakoś, co się stało. - Powiedziała Lucy.
               ~ Super pomysł! Mogłybyśmy tym ich szantażować! . - Wrzasnęłam podekscytowana. Sonia usmiechnęłą się i uniosła jedną brew.
               ~ Jesteś pewna że jesteś puchonką? Zachowujesz się jak jakaś.. obślizgła jaszczurka. - Prawie że bym się na nią rzuciła.
               ~Alice, wiem że chcesz zabić Sonkę. Wierz mi, często mam na to ochotę. Ale nie chce mi się pisać za nią jej referatu z historii. - Lucy powstrzymała mnie.
               ~ Och nie! Jeszcze jeden referat? - Jęknęła Sonia.
               ~ To chodźmy do biblioteki i od razu się z nim uporajmy. - Mruknęła Lucy. - I tak ma być gotowy na za trzy dni.
               ~ Racja. - Zgodziłyśmy się i pomknęłyśmy do biblioteki.


                      Czytałam to samo zdanie w kółko, próbując zrozumieć cokolwiek.
               ~ Ach mam tego dość. - wyszeptałam ze złością zamykając książkę. Popatrzyłam na dziewczyny. Lucy przysypiała na ręce, a Sonia siedziała z zamkniętymi oczami o nią oparta. Zerknęłam na zegarek. Była 21:00.
               ~ Chyba się nie wyspałyście, co? - Mruknęłam.
               ~ Zgadłaś. - Sennie powiedziała Lucy. - Grałyśmy ciągle w szachy.
               ~ Chodźcie. Jesteście zbyt zmęczone.
               ~ Skąd ten pomysł? - Odpowiedziała Lucy, a Sonia mruczała przez sen, o tym, że musi zrobić porządek w pokoju. Lucy jednak wstała i próbowała obudzić Sonię ale nie udało jej się, więc ostatecznie rzuciła na nią zaklęcie.
               ~ Dobranoc. - Mruknęła.
               ~ Branoc. - Odpowiedziałam ziewając. Widząc jak się potyka i idzie z lekko przymkniętymi oczami i Sonią lewitującą przed nią chciałam ją odprowadzić, ale nie miałam siły. Szybko zgarnęłam rzeczy, a nogi automatycznie poprowadziły mnie do pokoju wspólnego Hufflepuffu. Rzuciłam się na łóżko nie zmieniając rzeczy. Pożegnałam się i zasnęłam, a śnił mi się profesor Binns mówiący, że mój referat ocenia na T i powinien wstawić mi jeszcze jedno T za okropne pismo. Chciałam mu wytłumaczyć, że to nie mój referat, tylko Narcyzy i je pomylił. Ale nie byłam w stanie otworzyć ze zmęczenia ust.

             



                                                                                           ***





Obudziłam się cała obolała i myślałam, że zaraz szlag mnie trafi. Ostatnie co pamiętałam to mój sen, w którym mama beszta mnie za wygląd mojego pokoju. Tłumaczyłam jej, że teraz jestem w Hogwarcie i z niego nie korzystam, ale ona tego nie słyszała. Po prostu koszmar. Uświadomiłam sobie nagle, że dzisiaj nie zostałam zerwana z łóżka przez Lucy, ale dalej smacznie sobie spałam, a oprócz tego byłam w szatach. Może to weekend? Otworzyłam oczy i gorzko tego pożałowałam.
               ~ Na gacie Merlina!!! - Wrzasnęłam przeraźliwie i z impetem sturlałam się z łózka.
               ~ Ha ha ha ha ha ha ha ha ha!!! - Lucy zanosiła się ze śmiechu na ziemi.
               ~ Co to było?! - Zapytałam z mieszaniną złości i uśmiechu na twarzy. Jednak to drugie przeważyło.
               ~ Żałuj, że nie widziałaś swojej miny! A mogłam ci zrobić zdjęcie! - Chichrała się Lucy.
Wyobraźcie sobie, że smacznie sobie śpicie. Otwieracie leniwie oczy, a tu wpatrująca się w ciebie twarz z wielkimi oczami i lekkim uśmiechem, zaledwie parę centymetrów od was.
               ~ Czemu ja cię jeszcze lubię? - Mruknęłam.
               ~ Bo jestem FAJNA i jestem SUPER i jestem MEGA i jestem NAJLEPSZA i jestem osobą, która przypomina ci o zadaniach do zrobienia. - Stwierdziła.
Szybko się przyszykowałam. Dzisiaj miałam włosy w kolorowe paski i orzechowe oczy.
W wielkiej sali roiło się od ludzi.
               ~ A teraz oddam ci przysługę i zrobię niespodziankę. - Powiedziała Lucy, przyśpieszając kroku i kierując się do dwóch chłopaków siedzących obok siebie. Zanim zdążyłam uświadomić sobie kim oni są i co Lucy robi było za późno.
               ~ Ej, Patil! - Krzyknęła, a on obrócił się w błyskawicznym tempie. Ciekawe czy na mnie też by tak zareagował? Boże, odbija mi. - Stwierdziłam.   
               ~ Tak?
               ~ Ja i Sonia mamy problem z numerologią, a ty jesteś w niej świetny. Wytłumaczysz nam o co w tym chodzi?
               ~ Tak. Jasne. - Odpowiedział i odwrócił się w naszą stronę.
Zamarłam.  Co ona zrobiła! Ta głupia, wredna, okropna….. Grrrr!                                              
 Lucy posadziła mnie obok naszego mini wykładowcy, a sama usiadła obok jego kumpla. Opowiedziała z czym mamy problem, a on zaczął tłumaczyć. Robiąc to, nachylał się tuż nade mną. Zrobiło mi się gorąco. Lucy udawała, że słucha, choć w rzeczywistości była pochłonięta rozmową z jego kolegą.
               ~ Rozumiesz już? - Zapytał mnie, posyłając ten swój promienny uśmiech.
               ~ Tak, jasne. Wielkie dzięki. - Nie zrozumiałam NIC co próbował mi wytłumaczyć, ale nie chciałam by mi znów tłumaczył, bo czułam się tak niezręcznie, że najchętniej zapadłabym się pod ziemię.
               ~ Nie ma za co.
               ~ Tak, wielkie dzięki. - Lucy wyszczerzyła zęby. - A ty zobaczysz, że to Japonia wygra! - Zawołała wskazując na chłopaka, z którym przed chwilą rozmawiała. - Chodź, bo się spóźnimy. - Zwróciła się w moją stronę.
               ~ I co, podobało się? - Zapytała.
               ~ Nie!!! Nie podobało się! Jak mogłaś! - Byłam wściekła!
               ~ Nic nie zjadłaś. - Stwierdziła, lekceważąc mój wybuch.
               ~ Co, gruchałaś z wybrańcem twojego serca? - Odezwał się głos obok mnie.
               ~ Z CHWILOWYM wybrańcem jej serca. - Lucy poprawiła Alice.
               ~ Przestańcie! Jeszcze ktoś usłyszy! - Mruknęłam z pretensją w głosie.
               ~ To tak odzywasz się do osoby, która załatwiła ci rozmowę z NIM. - Zawołała Lucy, ale nagle skupiła się na czymś przed nami.
               ~ Patrzcie, Narcyza i Malfoy...
Rzeczywiście, stali tam Malfoy, Narcyza i jej psiapsiółki. Niestety, nie dało się usłyszeć nawet skrawka ich energicznej rozmowy. Nie widziałyśmy nawet ich twarzy.
                 ~ Ci to mają problemy. - Sarkastycznie odezwała się Alice.
                 ~ Wielkie problemy, na skalę światową. - Dodała Lucy.                
                 ~ Te wszystkie dziewczyny... - Alice nie zdążyła dokończyć, bo Lucy jej przerwała:
                 ~ One lecą na Malfoya i nie chcą, żeby oni byli razem.
                 ~ Chodźmy. Zaraz zaczynają się zaklęcia. - Powiedziałam i biegiem poleciałyśmy na zaklęcia.





                                                                                            ***





Patrzyłem jak nachyla się nad nią i myślałem, że zaraz do niego wystartuję. Zobaczyłem, że Lucy i ( od drugiej strony sali ) Alice się na mnie patrzą. Szybko odwróciłem wzrok. Nie chciałem, żeby domyśliły się co do niej czuję.
             ~ Ty to masz problemy, Luniaczku. - Odezwał się James.
             ~ Nie umiesz zagadać do dziewczyny, która ci się podoba. - Oznajmił Syriusz.
             ~ O czym wy mówicie? - Mruknąłem czerwieniąc się po sam czubek głowy.
             ~ Słuchaj, masz w miarę dobre stosunki z jej dwoma koleżankami, z tymi, które dopiero co się tobie przyglądały. - Odparł James.
             ~ Wykorzystaj to. - Dodał Syriusz.
             ~ Nie wiem o co wam chodzi. - Stwierdziłem i schowałem się za gazetą.
             ~ Nie znamy się od dzisiaj Lunatyku. - Powiedział Peter. - Jednak trochę cię rozgryźliśmy przez ten czas.
             ~ Dokładnie. - Skwitował James.
             ~ Idę na chwilę do biblioteki... - Oznajmiłem i szybko zabrałem rzeczy. Nie zdążyli nawet się odezwać. Rzeczywiście, przez chwilę szedłem w stronę biblioteki, jednak po jakimś czasie skręciłem w prawo, ku sali zaklęć. Ciekawe czy ona tam będzie, powinna być. Zamyśliłem się i przypadkiem wpadłem na... Narcyzę Malfoy, którą otaczały grono pocieszających ją przyjaciółek.
             ~ Uważaj jak leziesz! - Warknęła ze łzami w oczach.
             ~ Przepraszam. - Mruknąłem. Minąłem ją i byłem już w klasie.
             ~  A gdzie twoi kolesie? - Usłyszałem. Odwróciłem się i zobaczyłem Lucy, Alice i... tak! Sonię!
             ~ Wiecie, chciałem powtórzyć przed lekcją. - Odpowiedziałem.
             ~ Aha... A co powtarzasz? - Zapytała Alice.
             ~ No, wiecie... ostatnią lekcje... - Powiedziałem.
             ~ To weź ją poucz. - Poprosiła Lucy wskazując na Sonię.
             ~ Tak, nie było jej na ostatniej lekcji, a nam nie chce się wszystkiego jej tłumaczyć. - Dodała Alice.
             ~ Ekh... yyy... jasne! - Dotarło do mnie, że mam szansę pouczyć Sonię, która wyglądała dzisiaj naprawdę ładnie.
             ~ Co? Ja nie potrzebuję korków! - Oburzyła się Sonia.
             ~ Nie korki, tylko wytłumaczenie ostatniego tematu! Ty w ogóle słuchasz? - Zapytała Sonię, Lucy.
             ~ No, wiesz... ja muszę tłumaczyć ci po dziesięć razy zielarstwo, bo osiem pierwszych razy w ogóle nie słuchasz. Dlatego zastanowiłabym się, kto tu kogo nie słucha. - Odpowiedziała Sonia z uśmiechem na twarzy, obserwując reakcję Lucy, która kiedy chciała dać upust swojej złości, zaczynała energicznie machać rękoma i się kręcić, co także tym razem uczyniła.
            ~ Jak ja kocham cię wnerwiać. - Wyszczerzyła zęby Sonia.
            ~ Nienawidzę cię. - Odpowiedziała Lucy, wysyłając jej mordercze spojrzenie, a ja i Alice zaczęliśmy się śmiać. Już chciałem zapytać co z tym uczeniem, kiedy wparowała cała klasa i zadzwonił dzwon oznajmiający lekcje.
            ~ Echhh... - Westchnąłem. A miałem taką okazję. Zauważyłem, że Lucy i Alice znowu się na mnie patrzą...




Sorry! Sorry, sorry, sorry, że tak późno, ale wiecie... szkoła i ta jej upierdliwość!
Mam nadzieję, że się podobało, a jeśli nie to sorry. Pisałam to po nocach, bo nie miałam czasu T^T ... Krytyki są spoks, więc jeżeli macie jakieś to proszę bardzo, rozpisujcie się na wielką skalę. I co ja tu jeszcze chciałam... a, nie obiecuję, że nie będzie więcej takich opóźnień, bo wiecie... ze mną nic nie wiadomo... ^.^
BUAHAHAHAHAHAHAHAHA! - Diaboliczny śmiech :D XD





                                                                                                           ~DreamBee

niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozdział 2

                 Obudziłam się dzisiaj wcześnie, ale jak to bywa nie chciało mi się wstawać. Zakopałam się głębiej w pierzynę, próbując przywołać na oczy sen który już się ulatniał.
Poczułam, że moje łóżko ugina się pod jeszcze jednym ciałem. Wiedziałam,że zostanę zaraz brutalnie rozbudzona. Byłam bardzo ciekawa co Lucy tym razem wymyśli; obleje mnie wiadrem lodowatej wody? A może wyłaskocze mnie na śmierć? Nie wiedziałam - moja koleżanka zawsze znajdowała jakiś sposób by wywabić mnie z łóżka. Spod przymrużonych powiek zobaczyłam jak Lucy, już ubrana, wyciąga ręce do mojej twarzy. To mnie wystarczająco przekonało, że pora wstawać.
Kiedy Lucy zawisła tuż nade mną, otworzyłam oczy, i krzyknęłam " Już nie śpię!!!". Dziewczyna była zaskoczona do tego stopnia, że spadła z mojego łóżka na podłogę.
Parsknęłam niekontrolowanym śmiechem, a Lucy się do mnie przyłączyła.
Z wielkim żalem wygramoliłam się z łóżka, westchnęłam i rozejrzałam się po pokoju.
               Było to całkiem przestronne pomieszczenie z wielkim oknem, wychodzącym na błonia i kawałek Zakazanego Lasu. Dwa łóżka były już puste i pięknie pościelone. Nasze współlokatorki Lili Evans
 i Margaret  Donson, wyszły już na śniadanie. Spojrzałam na łóżko moje i Lucy, obie zostawiłyśmy je niepościelone. Trudno pomyślałam, zasłoni się kotarami i będzie porządek.
Zabrałam rzeczy z kufra i poszłam do łazienki. Gdy skończyłam się szykować (zmieniać kolor włosów itp.), zastałam Lucy, czytającą książkę.
        
                   Zeszłyśmy na śniadanie. Przy stole Gryffindoru, nie było zbyt dużego tłoku. Ze znajomych twarzy dostrzegłam huncwotów prowadzących jakąś ożywioną rozmowę, a kilka miejsc dalej….  Tak! Nie myliłam się. Siedział obok swojego kumpla i najwyraźniej opowiadał jakiś kawał bo jego kolega śmiał się do rozpuku. Jack Patil. Chłopak, w którym bujałam się od 3 miesięcy, ale bałam się powiedzieć co czuję. Mój sąsiad z którym spędziłam miło wakacje.
Głos Alice sprowadził mnie na ziemię. Odwróciłam się, i się uśmiechnęłam do zbliżającej się przyjaciółki.
               ~ Jak tam nocka? Niech zgadnę…  plotkowałaś sobie z Lisą o wakacjach, ciuchach i chłopakach? - spytałam z nutką sarkazmu w głosie.
               ~ HA, HA, HA, ale śmieszne! - naburmuszyła się Alice.
Rozstałyśmy się z puchonką i podeszłyśmy do stołu. Nałożyłam sobie cały talerz naleśników z dżemem i oglądałam sowy które właśnie wleciały do Wielkiej Sali, przynosząc paczki z rzeczami zapominalskim uczniom. Kawałek obok mnie na stół spadła sporej wielkości paczka niesiona przez pięć sów, wychyliłam się by zobaczyć odbiorcę, Frank Longbotton z wielkimi rumieńcami i zawstydzoną miną, wyciągał właśnie ręce do paczki. Spojrzałam na stół Hufflepuffu, by zobaczyć jak równie wielka paczka ląduje na stole przed moją przyjaciółką. Uśmiechnęłam się pod nosem.
                ~ Sonea Rickwoold - szorstki głos zwrócił moją uwagę
                ~ Soneo, chyba chcesz poznać swój plan lekcji, prawda? - McGonagall patrzyła na mnie groźnie.
                ~ Oczywiście, Pani Profesor, przepraszam. - Nauczycielka podała mi zwitek pergaminu.
Gdy Lucy otrzymała podobny zaczęłyśmy je porównywać.
                ~ Och nie! Pierwsze są runy! Nienawidzę ich!!! - Jęknęłam. ~ A ty co masz pierwsze?
                ~ Ty nic mi nie mów, ja mam teraz DWIE GODZINY numerologii, chyba się zabiję! - Lucy wyglądała na załamaną.
W tym momencie, nasze jęki przerwała dosiadająca się Alice. Wyglądała na całkiem zadowoloną, w przeciwieństwie do nas.
                ~ Zobaczcie jakie mam szczęście! Dzisiaj zaczynam od dwóch godzin obrony przed czarną magią, potem godzina wolna, a potem opieka nad magicznymi zwierzątkami! - Alice niemal nie spadła z ławki z tej radości, co nie oznaczało, że nie potrąciła ręką dzbanku z sokiem dyniowym. Wszystko wylało się, OCZYWIŚCIE na mnie.
Westchnęłam, pozbierałam rzeczy lekceważąc śmiech obu dziewczyn i wyszłam z Wielkiej Sali.
                 
                   Zatrzymałam się w jakimś ciemnym i pustym korytarzu, wyjęłam różdżkę i zaczęłam od osuszania torby. Gdy skończyłam także ze swoimi szatami. Odwróciłam się, by znaleźć się twarzą, w twarz, z najokropniejszą dziewczyną jaka chodziła po Hogwarcie, gorszą nawet od Margaret, czy nawet Lisy z Hufflepuffu.
Narcyza Black. Razem ze swoimi ślizgońskimi "psiapsiółkami" była najgorszym, a zarazem najgłupszym zestawem osób na świecie. Aż trudno było uwierzyć, że była to kuzynka Syriusza.
                ~ Sonea, złotko - zwróciła się do mnie,Narcyza tak słodkim głosem, że zrobiło mi się niedobrze.
                ~ Nie mów tak do mnie. - powiedziałam spokojnym, ale najbardziej chłodnym tonem na jaki było mnie stać.
Nienawidziłam tej wymalowanej do granic możliwości dziewczyny.
                ~ Spokojnie koteczku, nie bądź tak agresywna. - Uśmiechnęła się sztucznie, a jej towarzyszki zachichotały.
                ~ No powiedz co mamy z Tobą zrobić? - Spytała jędza po chwili ciszy.
Wiedziałam, że nawet jeśli dziewczyny, które stały przede mną nie są najmądrzejsze to walka 1 na 6 nie była by dobrym pomysłem.
Zastanawiałam się jakim podstępem się wykręcić od tych jaszczurek.
 Dobra. -pomyślałam - Koniec przedstawienia! - Gdy nagle usłyszałam.
                ~ Cyziu daj już spokój temu gumochłonowi i chodź tutaj! - Jęknęłam, doskonale znałam ten głos, i wierzcie mi, gorzej już być nie mogło!
                 
                   Niedaleko nas stał wysoki i bardzo przystojny ślizgon,( no nie jestem pewna czy był przystojny, nigdy nie potrafiłam tego stwierdzić, ale westchnienia większości dziewczyn na jego widok, mówiły same przez się).
Tak, Lucjusz Malfoy. Idealnie się dopasowali do siebie z Narcyzą, dwoje najgorszych ślizgonów, w Hogwarcie, no może z wyjątkiem SAMI-WIECIE-KOGO.
                ~ Och, Lucjuszku! Tak się stęskniłam! - Narcyza rzuciła się w ramiona swojego chłopaka.
                ~ Ależ Cyziu widzieliśmy się wczoraj wieczorem! - Zaprotestował Malfoy.
Spojrzałam na psiapsiółki Narcyzy. Wszystkie wpatrzone były w Malfoya, jak w obrazek.
Prychnęłam z pogardą. Malfoy spojrzał na mnie, zniesmaczonym wzrokiem.
Wiem co czuł, też bym miała wrażenie, ze najadłam się smoczego łajna, gdyby ten kaszalot powiesił mi się na szyi.
                 ~ Coś ci nie pasuje? - spytał chłodno.
                 ~ Eee, no nie wiem, co to może być… Zastanówmy się. O już wiem!     WY!   - Stwierdziłam sarkastycznie
                 ~Wiesz jeśli nie chcesz patrzeć to nie musisz - Malfoy, już uniósł różdżkę.
Zanim zdążyłam zareagować, krzyknął
                 ~ Levicorpus !
Poczułam jak jakaś niewidzialna siła ciągnie mnie za kostkę. Zawisłam do góry nogami, a moja wierzchnia szata opadła mi na oczy. Cieszyłam się, że założyłam pod spód dżinsy, choć koszula lekko mi padła odsłaniając brzuch.  Usłyszałam oddalające się kroki, i śmiech tych przebrzydłych węży. Sięgnęłam po różdżkę do kieszeni, ale tam jej nie było.
 No super. - jęknęłam w myślach.
Podniosłam skraj szaty opadającej mi na oczy i rozejrzałam się za różdżką.
Leżała kilka metrów ode mnie.
Ściągnęłam wierzchnią szatę, która za bardzo mi przeszkadzała, i rzuciłam ją na leżącą niedaleko torbę.
Po szkole rozbiegł się dźwięk dzwonu zwołującego uczniów na lekcje.
   Westchnęłam, do siebie
                 ~ Witaj w domu.



                                                                             ***



                       To dziwne - pomyślałam- minęło już 10 minut lekcji, a Sonii nie jak nie było tak nie ma! Nie, żeby należała do osób punktualnych, ale zielarstwo to był jej ulubiony przedmiot i jeszcze nigdy nie zdarzyło jej się spóźnić.
                  ~ Panno Bone, czy nadal jest pani z nami? - Usłyszałam głos nauczycielki.         
                  ~ Tak, Pani Profesor. -  Odpowiedziałam drżącym głosem.
                  ~Więc, proszę zaprezentować, na podstawie moich tłumaczeń w jaki sposób zebrać płatki z kwiatu gromnika pospolitego - wskazała na roślinę przed sobą.
                Szlag - pomyślałam.
Często zdarzało mi się nie uważać na lekcji, ale nasza Nauczycielka od zielarstwa, zawsze to zauważała.
Zwykle Sonia mi pomagała dawała szybkie wskazówki, a ja podchodziłam i wykonywałam wszystko poprawnie, na co Nauczycielka miała nietęgą minę.
Ale, tym razem nie miałam obok siebie Sonii, i jej zamiłowania do tego przedmiotu.
             Z duszą na ramieniu podeszłam do wskazanej rośliny.
Wyglądała zwyczajnie tak jak te wszystkie kwiaty, które mugole trzymają w ogródkach lub w doniczkach na parapecie.
Był jeden problem - Nie było kwiatów.
Domyśliłam się, że trzeba było ją jakoś połaskotać czy coś podobnego, by roślina zakwitła. Tylko, że jeden fałszywy ruch i stracę punkty, duuuuuużo punktów.
No trudno, raz kozie śmierć!
             Obejrzałam roślinę uważnie, i zobaczyłam coś dziwnego, roślina miała jeden kolec, tuż przy ziemi.
Pociągnęłam nim w duł jak dźwignią, kolec złamał się, a roślina się zatrzęsła.
Spojrzałam niepewnie na Nauczycielkę. Jej wzrok zdradzał czyste zdziwienie, co pewnie oznaczało, że dobrze postąpiłam.
W tym momencie, z trzęsącej się rośliny, wyrosła długa łodyga, zakończona szarym pączkiem. Wyglądała trochę jak berło, bo łodyga była idealnie prosta i nie posiadała liści.
Zobaczyłam jak płatki pączka zaczynają się rozchylać, ukazując najpiękniejszy kwiat jaki kiedykolwiek widziałam.
Kształtem przypominał kwiat lilii, pachniał przepięknie, ale największą uwagę przykuwał kolor kwiatu.
Był soczyście pomarańczowy blisko kielicha i na środku płatków,  a brzegi miał ciemno szare.
Westchnęłam z zachwytu, a razem ze mną uczyniła to cała klasa.
             Nagle poczułam silną niechęć do uszkodzenia tak pięknej rośliny.
Czułam, że zniszczenie tego cuda było by czynem równie niegodziwym co wbicie komuś sztyletu w plecy.
             Już nic się nie liczyło, był tylko ten kwiat, ten słodki zapach, te barwy.
Stałam tam i nie patrzyłam na nic innego, widziałam tylko tę roślinę.
Wszystko się jakby oddaliło.Nie zwracałam uwagi na resztę szklarni, na nauczycielkę, na krzyki w oddali, na nic.
             Chwila! -Krzyki?
Wróciłam do rzeczywistości, cała klasa krzyczała, ale nie rozumiałam o co chodzi.
Dopiero kiedy chciałam się poruszyć, zrozumiałam dlaczego klasa była przerażona.
Spojrzałam w dół.
Całe moje ciało otaczały grube łodygi, powoli zacieśniające się coraz bardziej wokół mnie.
Spojrzałam bezradnym wzrokiem na Panią Rownkins.
              Siedziała spokojnie, na krześle i patrzyła co zrobię.
Super! - Najwyraźniej mówiła co zrobić kiedy to bydle zaczyna atakować, a ja jej znowu nie słuchałam.
Popatrzyłam bezradnym wzrokiem po klasie. Nikt się nie odzywał. Wszyscy bali się gniewu Pani Rownkins.
              Zielsko owinęło się już wokół moich ramion i zaciskało się coraz bardziej.
               ~ Nie umiem! -Krzyknęłam.
               ~ Przepraszam nie słuchałam Pani! - Byłam załamana.
Pani Rownkins spojrzała na mnie chłodno. Wzięła różdżkę i wymamrotała zaklęcie pod nosem.
Roślina zastygła i zaczęła wysychać, po czym rozpadła się w drobny pył.
W doniczce został tylko szaro-pomarańczowy kwiat.
               ~ No cóż w takim razie jestem zmuszona Cię ukarać. -Spojrzała na mnie surowo.
Postanowiłam milczeć, żeby nie pogorszyć sytuacji.
               ~ Pojutrze,ma do mnie trafić 5 stóp wypracowania o gromniku pospolitym. Masz uwzględnić, wygląd, działania obronne, zastosowanie, prawidłowe pozyskiwanie płatków i pochodzenie.
W oddali rozległ się głos dzwonu oznaczający koniec lekcji.
               ~ Dziękuję wam, to wszystko.- wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia.
               ~ A byłabym zapomniała. Panno Bone - Odwróciłam się na pięcie. -Gryffindor traci 20 punktów.
Cholera! Musiało jej się przypomnieć!
Chciałam protestować, ale zamiast tego skinęłam tylko głową i wyszłam.
                Muszę szybko znaleźć Sonię, bo bez niej to na bank nie dam rady zrobić tego wypracowania, - Pomyślałam.
Po za tym, zaczynałam się już niepokoić jej nieobecnością.
                 Poszukam Alice, może ona będzie wiedziała gdzie, jest tęczowo-włosa.




                                                                     ***




 Wracałam właśnie z błoni po godzinie ciszy i dręczenia kałamarnicy, gdy usłyszałam swoje imię.
Odwróciłam się i ujrzałam biegnącą od strony szklarni Lucy.
Uśmiechnęłam się, gdy nagle zdałam sobie sprawę, że coś nie gra.
                  ~ Gdzie Twoja nierozłączka? - Zapytałam, zaniepokojona, zanim Lucy zdążyła coś powiedzieć.
Jeśli Sonia nie była z Lucy to tylko z naprawdę ważnych powodów.
                  ~ Właśnie o to samo miałam Ciebie zapytać! Nie widziałam jej od śniadania! - Wysapała Lucy, wciąż próbując złapać oddech po biegu.
                  ~ Ja również. - Spojrzałyśmy na siebie zaniepokojone.
Jeśli żadna z nas nie wiedziała co się z nią dzieje to znaczy, że miała tarapaty. -ZNOWU.
 Ruszyłyśmy szybko w stronę drzwi.
                  ~ I nie było jej na zielarstwie? - Zapytałam.
                  ~ Nie
Ups… to znaczy, że miała poważne tarapaty.
Zazwyczaj dawała sobie rade sama, i wychodziła ze wszystkich opresji cało, ale jeśli nikt jej nie widział od trzech godzin, i jeśli nie udało jej się dotrzeć na zielarstwo. To musiało się jej coś stać.
                  ~ Tak jej nie znajdziemy. - Stwierdziła Lucy.
                  ~ Tiaa, trzeba się rozdzielić. Ty poszukaj blisko sal lekcyjnych, w których miała mieć lekcje przez te trzy godziny, a ja popytam ludzi może ktoś widział kolorowo-włosom dziewczynę. - przyśpieszyłam kroku.
                  ~ Niezależnie od wyniku poszukiwań, spotykamy się na lekcji opieki, to będzie za… - Spojrzałam na zegarek. - dokładnie 25 minut.- Spojrzałam na Lucy.
Ta tylko skinęła głową.
Wiedziałam, że przystała na to z niechęcią. Najchętniej zerwałaby się z lekcji byle by tylko znaleźć przyjaciółkę. Zresztą ja też nie chciałam jej zostawiać, dla lekcji, ale zerwanie się z lekcji było dla mnie czymś dziwnym, poza tym byłam zbyt leniwa by nadrabiać lekcje, a Lucy też by się nie chciało znając życie.
                  Rozdzieliłyśmy się i zaczęłam pytać przypadkowych uczniów, napotkanych na korytarzach, ale jak było do przewidzenia nikt z nich nie widział Soni.
Obok mnie przeszły jak zwykle wymalowane i rozchichotane dziunie, na czele z Narcyzą Black.
Z trudem powstrzymałam się od wymiotowania na ich widok.
Przez następne 10 minut nadal nikt nie wiedział co stało się z tęczową czarownicą.
                   Popatrzyłam bezradnie, po korytarzu, mój wzrok przykuła grupka czterech chłopaków schodzących po schodach i śmiejących się w najlepsze.
Podbiegłam do nich.
Jeśli ktoś w ogóle, wiedział gdzie mogła zniknąć jakaś dziewczyna to byli to właśnie oni. Huncwoci.
                   ~ Cześć, sorka, że przeszkadzam, ale nie widzieliście może Sonii? Nie widziałyśmy jej od trzech godzin i zaczynamy się niepokoić.
                   ~ Czy to ta laska z kolorowymi włosami?  - Spytał Syriusz, przeczesując sobie włosy palcami.
                   ~ Tak to ta "laska" . Widzieliście ją? - Spytałam.
 Popatrzyłam na nich z nadzieją.
                   ~ Przykro mi, ale nie widzieliśmy twojej przyjaciółki, ale możemy pomóc Ci szukać - Zaoferował Remus Lupin.
                   ~ O tak! Panowie mamy misję! Dama w opałach! - Wyrywał się ochoczo James, węsząc nową przygodę.
Westchnęłam cicho, Huncwoci byli największymi rozrabiakami jakich znał Hogwart, na drugim miejscu były Sonia i Lucy.
                   ~ Rozdzielmy się - zarządził Lupin - Syriusz i James, sprawdźcie 2 i 3 korytarz. Alice z łaski swojej pójdź z Peterem i posprawdzajcie Lochy i parter . Ja sprawdzę 5 i 6 korytarz.
                   ~ Spotkamy się za pół godziny w Sali Wejściowej. Huncwoci potaknęli.
                   ~ Chwila! za 13 minut zaczyna się lekcja opieki nad zwierzętami! Macie zamiar z niej zrezygnować? - Spojrzałam na nich z niedowierzaniem.
Peter parsknął śmiechem.
                   ~ A co myślałaś, że będziemy siedzieć grzecznie na murku i patrzeć na kolejne zwierzaki, podczas gdy TWOJEJ przyjaciółce coś się dzieje?
No tak cali oni. Każdy powód dobry by się wywinąć od lekcji.
                   ~ No dobra, jakby ktoś z was spotkał Lucy to powiedzcie jej, że ja też nie idę, i jeśli będzie chciała niech dołączy się do was. -Poprosiłam zrezygnowana, i poszłam z Peterem w stronę Lochów.




                                                                       ***




Szedłem po pustym korytarzu na 5 piętrze. Minęło już 12 minut a jeszcze jej nie znalazłem. Muszę to zrobić, to JA muszę ją znaleźć. Ta dziewczyna podobała mi się już od dwóch lat, a to była jedyna szansa by do niej zagadać. Oczywiście taki Syriusz, czy James nie miałby z tym problemów, ale ja nie potrafię tak zagadać do dziewczyny jak Syriusz.
Moje rozmyślania przerwał odgłos kroków. Zza rogu wyszła dziewczyna.
                     ~ Cześć Remusie! Widziałeś może Sonię, zgubiła się nam i teraz nie możemy jej znaleźć. -Spytała Lucy.
Uśmiechnąłem się, mimo wszystko żałując, że to nie zagubiona.
                     ~ Och, witaj Lucy. Niestety nie widziałem jej. Ja również jej szukam.
                     ~ Niech zgadnę Alice poprosiła was o pomoc?
                     ~ Tak, przyłączysz się do mnie? -Spytałem
Lucy w odpowiedzi skinęła głową i ruszyła za mną.
                      ~ Alice prosiła by Ci przekazać, że nie idzie na lekcje, i że jeśli chcesz uczynić tak samo to nie ma problemu.
Lucy wyglądała na zachwyconą tą propozycją i od razu na nią przystała.
I odeszliśmy w stronę schodów prowadzących na 6 piętro.




                                                                               ***




                        ~Jak myślisz Syriuszu gdzie ona mogła się schować? - Spytał James.
Rozejrzałem się po pustym korytarzu na 3 piętrze. Minęło już 15 minut i mimo wszystkich znanych nam przejść nie udało nam się znaleźć dziewczyny.
                        ~ Nie wiem. Nic nie przychodzi mi do głowy. -Stwierdziłem
Nagle zauważyłem pasek torby która musiała leżeć za rogiem.
                        ~ Rogasiu, albo mi się wydaje albo znaleźliśmy naszą zgubę. -mruknąłem zadowolony.
James potrzebował krótkiej chwili by zorientować się na co patrzy. Szeroki uśmiech zagościł na jego twarzy.
Wyciągnęliśmy różdżki i zakradliśmy się tuż obok torby.
Wyskoczyliśmy za róg gotowi na zaklęcia lecące w naszą stronę, ale nic takiego się nie wydarzyło.
Zamiast wycelowanych w nas różdżek ujrzeliśmy Sonię.
                          Wisiała do góry nogami zahaczona nogą o coś niewidzialnego, szatę wierzchnią znaleźliśmy obok torby.
Dziewczyna była w białej koszuli do kompletu szat i legginsy.
Różdżka Sonii leżała kilka kilka metrów od niej.
Sama Sonia wisiała bezwładnie, z twarzą czerwoną jak wiśnia od krwi spływającej jej do głowy.
Najwyraźniej ktoś potraktował ją Levicorpusem, i biedaczka wisiała tak ze trzy godziny.
                        ~ James złap ją jak będzie spadała.
James podszedł do tęczowo-włosej.
                        ~Liberacorpus! - Mruknąłem.
Bezwładne ciało, spadło na Jamesa z takim impetem, że chłopak o mało się nie wywrócił.
Podbiegłem do nich. James ostrożnie położył dziewczynę na zimnej posadce.
Twarz nadal miała nabiegłą od krwi. Musiała przez to zemdleć. James dotknął ręką jej czoła.
                        ~ Jest rozpalone.Trzeba zabrać ją do skrzydła szpitalnego by Pani Pomfrey się nią zajęła. - Stwierdził James.
                        ~ Zaniosę ją tam, a ty leć powiadomić resztę. - Wziąłem gryfonkę na ręce.
Rozejrzałem się po korytarzu.
                        ~ A i weź może jej rzeczy ze sobą. - Rzuciłem na odchodnym.
James pozbierał torbę, różdżkę, i szatę, i pognał w kierunku schodów, a ja ruszyłem powoli w stronę skrzydła.
                         Chyba po pięciu minutach zdałem sobie sprawę, że może i Sonia nie była ciężka, ale fakt, że była bezwładna, powodował, że nie wygonie się ją niosło.
Właściwie mogłem wyciągnąć różdżkę i zanieść ją tam przy pomocy zaklęcia, ale nie chciało mi się wyciągać różdżki, z kieszeni.
W końcu zapukałem do drzwi skrzydła i bez czekania na zgodę wparowałem do środka. Pomieszczenie było puste, z wyjątkiem jakiegoś chłopaka z 3 klasy całego pokrytego w niebieskie plamki, i Pani Pomfrey, która właśnie wyszła ze swojego gabinetu.
                          Natychmiast wskazała jedno łóżko, po czym pobiegła do gabinetu po lekarstwa.
Położyłem ostrożnie dziewczynę na łóżku i przyciągnąłem sobie krzesło.
 Po chwili Pani Pomfrey wyszła niosąc dwa podejrzanie wyglądające pojemniki.
                           ~ Jak długo wisiała? -Spytała, nie odrywając wzroku od pacjentki.
                           ~ Około trzy godziny. - Mruknąłem
Zacmokała z niezadowolenia i kazała mi wyjść by nie przeszkadzać.
                          Gdy tylko zamknąłem drzwi zalała mnie fala pytań od Alice i Lucy.
Na wszystkie odpowiedzieliśmy z Jamesem, chyba po trzykroć.
I zaczęliśmy uspakajać zdenerwowane koleżanki.
                          ~Pożyjemy, zobaczymy. - Stwierdził rezolutnie Peter i na tym pytania się skończyły





Hej,
Sorry was za te opóźnienia, będę się starać więcej do tego nie dopuścić. Obiecuję.
Pamiętajcie - wszelkie krytyki i inne negatywne opinie miło widziane, bo jak mawiają mądrzy ludzie, "Człowiek uczy się na swoich błędach"
                                                                                                                 ~MoonLight

PS. Jakby co jestem cholerną detalistką, więc jeśli w tekst wkradnie się za dużo nudnych opisów proszę to zgłosić ;)