piątek, 26 września 2014

Rozdział 3

        Zmęczona siedziałam nad książkami, a Sonia coś mi dyktowała. Pisałam nawet o tym nie myśląc.
                ~ Gotowe! - Triumfalnie uśmiechnęła się Sonia.
                ~ WIIEEELKIE dzięki za pomoc. Zielarstwo to nie moja brocha. - Podziękowałam jej z westchnieniem ulgi.
                ~ Spoko. - Sonia była bardzo zadowolona.
Usiadłyśmy razem rozmyślając nad rzeczą, która już od dłuższego czasu zaprzątała moje myśli. Nad zemstą na tej, którego imienia nawet nie chcę wspominać, bo jeszcze tu przylezie z tą jej (źle nałożoną) tapetą na twarzy.
                ~ Może rzucimy na nią pryszczoplasta? - Zaproponowała Sonia.
                ~ Zbyt łatwe. - Powiedziałam niezbyt przekonana.
Dłuższy czas się nie odzywałam, a Sonia w tym czasie wymyśliła furę pomysłów.
                ~ Wiem! - Zawołałam z uśmiechem. - Nauczyłam się nie dawno tego zaklęcia, no wiesz, zaklęcia kameleona. Rzucę je na samą siebie i... - Nagle przyszedł mi do głowy świetny pomysł. - Jedna zemsta nie wystarczy... Ja za dwa dni przygotuję swoją, a ty za trzy dni swoją. Niech ta obślizgła małpa z sierścią zamiast włosów poczuje nasz gniew!
Sonia patrzyła na mnie przez parę sekund, ale po chwili podskakując uznała, że to świetny pomysł.
                ~ Co chcesz jej zrobić? - Zapytała.
                ~ Zobaczysz... To będzie OSTRA, bardzo niespodziewana niespodzianka...
                ~ No, weź po...
                ~ NIE! - Przerwałam jej.
                ~ Ok, spoko jak tam sobie chcesz… - Rzuciła mi zdawkowe spojrzenie.
Nagle usłyszałyśmy jeden wielki huk i do pokoju wparowali (durni, głośni, przeszkadzający mi i irytujący) huncwoci, na których ja czasem mówię "Srakcwoci". Otaczało ich grono wielbicielek (ja nazywam je głupimi lalusiami bez mózgownic, ale jak kto woli). Dobre dziesięć minut odganiali się od nich, a ja nie mogłam się nadziwić jak można być tak głupim jak te dziewczyny, niektóre nawet prosiły o autograf, co było tak bezsensowne, że  rozbolała mnie głowa (zapewne jestem uczulona na głupotę). Zastanawiałam się jak dokuczyć huncwotom, kiedy nagle do nas podeszli, a to nie zdarzało się zbyt często, ponieważ ja uważałam, że zbytnio się napuszają i nie zważają na innych, a Sonia miała ich gdzieś.
                ~ Witamy, szanowne i piękne panie. - Uśmiechnęli się.
                ~ Witajcie, szanowni Srakcwoci. - Odpowiedziałam uroczyście. - Cóż waćpanów  sprowadza?
                ~ Mamy do waćpann sprawę wagi wielkiej! - Rzekł poważnie James.
                ~ Słuchamy więc. - Powiedziała Sonia
                ~ Ale teraz już na poważnie. - Dodałam.
                ~ Czy my umiemy na poważnie? - Spytał Jamesa Syriusz.
                ~ Raczej nie Łapo. - Parsknął śmiechem.
                ~ Łapa, Rogacz i Glizdogon chcieli opuścić lekcje zaklęć w czwartek. - Wtrącił się Lupin.
                ~ A ty? - Wyprzedziła mnie w pytaniu Sonia.
                ~ A ja...
                ~ A ja wypinam się na kolegów. - Powiedział Peter, naśladując głos Lupina, który się zaczerwienił.
Ja, Sonia, Syriusz i James się zaśmialiśmy, a ja dodałam:
                ~ Chociaż ty jesteś normalny. - Zwracając się do Lupina. - A z jakiego "ważnego" powodu chcecie je opuścić? - Zapytałam podejrzliwie.
                ~ Żart na... pewnej osobie... - Szybko odpowiedział James.
                ~ Uważacie nas za tępe? Przecież wiemy, że to ma być żart na Snapie. - Powiedziałam patrząc na nich ze złością. Co oni sobie myślą?! Tak nagle do nas podchodzą, proszą nas o przysługę, a nie chcą powiedzieć co będą chcieli zrobić. Właśnie dlatego z nimi nie gadamy, a jeśli już, to kończy się to sarkastycznym obrażaniem siebie nawzajem. Czasem też dochodzi do kłótni, szczególnie wtedy, gdy robią na nas jakieś durne żarty, albo nas wkurzają.
                ~ Myślicie, że nie wiemy, co chcecie zrobić?! - Odezwała się Sonia.
Srakwoci zawstydzeni popatrzyli na siebie.
                ~ Kiedy Sonia została złapana to wam pomogliśmy. - Mruknął Syriusz chwytając się ostatniej deski ratunku.
                ~ Owszem i chwała wam za to. Jednak mogliście nam powiedzieć otwarcie, co teraz planujecie, chyba, że uważacie, że was wsypiemy?- Ostatnie słowa wypowiedziałam zjadliwie.
                ~ Pomyślmy racjonalnie. - Wtrącił się Lupin.
                ~ Nie, dzięki. - Odpowiedziałam mu. - Sonia, pomożemy im?
                ~ Pomożemy im jeśli spełnią jedno nasze życzenie. - Wyszczerzyła zęby.
                ~ Dokładnie! - Zaśmiałam się.
                ~ Chodźcie. Znajdziemy kogoś innego do pomocy. - Powiedział Glizdogon.
                ~ Tchórzycie? - Zapytałam, gdy wychodzili przez dziurę od portretu. Chłopaki już otwierali usta, ale w tym momencie dziura od portretu się za nimi zamknęła.
Chwile milczałyśmy, po chwili powiedziałam:
                ~ Czasem ma się ochotę ich udusić.
                ~ Dokładnie. - Powiedziała Sonia.
                ~ Partyjka szachów?
                ~ Jasne!





                                                                                     ***





Siedziałam przy drzewie razem z Lucy i Sonią, żując moją ulubioną gumę drubblessa.
               ~ Więc ty też możesz zaplanować zemstę! - Dokończyła z zapałem Lucy.
               ~ Super pomysł! - Przybiłyśmy piątkę.
               ~ Macie jakieś plany? Bo nudzi mi się. - Zapytała Sonia.
               ~ Ja idę do sowiarni, wysyłam list do rodziców.
               ~ Pójdziemy z tobą. - Oznajmiła Sonia.
               ~ Czemu mówisz też w moim imieniu? - Mruknęła Lucy, unosząc pytająco jedną brew.
               ~ Bo wiem, że też pójdziesz. - Odpowiedziała Sonia.
               ~ Kto pierwszy w sowiarni wygrywa. - Zawołałam nagle i popędziłam do sowiarni.
               ~ Ej! - Wrzasnęła Sonia.
               ~ Oszukujesz! To niesprawiedliwe! - Ze złością wykrzyknęła Lucy, a ja biegłam dalej, co przyprawiało ją do szewskiej pasji. - Normalnie zabiję! - Krzyczała, a potem już tylko mruczała do Sonii, że wyrwie mi flaki itp. Nagle Sonia i Lucy stanęły. Uznały, że się nie ścigają i wygrana się nie liczy, bo wystartowałam wcześniej. Stanęłam i poczekałam aż dojdą i razem ruszyłyśmy do sowiarni.
Właśnie wchodziłyśmy po schodkach do sowiarni, kiedy usłyszałyśmy rozmowę. Okazało się, że to Narcyza i jej chłopak się kłócą.
               ~ Nie chce mi się z tobą gadać! - Wyrzuciła Narcyza i zaczęła schodzić na dół. W tym czasie Lucy rzuciła na nas szybko zaklęcie kameleona, Sonia zaklęcie wyciszające, a ja znalazłam dla nas kryjówkę.
Lucjusz pobiegł za nią wołając ją.
              ~ Narcyziu! Narcyzo, kochanie!
              ~ Zwalaj! - Krzyknęła i puściła się pędem w dół. Widziałyśmy przez okno jak biegnie przez błonie, uciekając przed swoim, chyba ex chłopakiem.
Cofnęłyśmy zaklęcia, a Lucy parsknęła śmiechem.
               ~ Prawie dowiedziałyśmy się czemu się pokłócili, chociaż... może już zerwali?
               ~ Jak oni mnie wnerwiają! - Zawołała Sonia, a ja w tym czasie wysłałam już sowę.
               ~ Dowiedzmy się jakoś, co się stało. - Powiedziała Lucy.
               ~ Super pomysł! Mogłybyśmy tym ich szantażować! . - Wrzasnęłam podekscytowana. Sonia usmiechnęłą się i uniosła jedną brew.
               ~ Jesteś pewna że jesteś puchonką? Zachowujesz się jak jakaś.. obślizgła jaszczurka. - Prawie że bym się na nią rzuciła.
               ~Alice, wiem że chcesz zabić Sonkę. Wierz mi, często mam na to ochotę. Ale nie chce mi się pisać za nią jej referatu z historii. - Lucy powstrzymała mnie.
               ~ Och nie! Jeszcze jeden referat? - Jęknęła Sonia.
               ~ To chodźmy do biblioteki i od razu się z nim uporajmy. - Mruknęła Lucy. - I tak ma być gotowy na za trzy dni.
               ~ Racja. - Zgodziłyśmy się i pomknęłyśmy do biblioteki.


                      Czytałam to samo zdanie w kółko, próbując zrozumieć cokolwiek.
               ~ Ach mam tego dość. - wyszeptałam ze złością zamykając książkę. Popatrzyłam na dziewczyny. Lucy przysypiała na ręce, a Sonia siedziała z zamkniętymi oczami o nią oparta. Zerknęłam na zegarek. Była 21:00.
               ~ Chyba się nie wyspałyście, co? - Mruknęłam.
               ~ Zgadłaś. - Sennie powiedziała Lucy. - Grałyśmy ciągle w szachy.
               ~ Chodźcie. Jesteście zbyt zmęczone.
               ~ Skąd ten pomysł? - Odpowiedziała Lucy, a Sonia mruczała przez sen, o tym, że musi zrobić porządek w pokoju. Lucy jednak wstała i próbowała obudzić Sonię ale nie udało jej się, więc ostatecznie rzuciła na nią zaklęcie.
               ~ Dobranoc. - Mruknęła.
               ~ Branoc. - Odpowiedziałam ziewając. Widząc jak się potyka i idzie z lekko przymkniętymi oczami i Sonią lewitującą przed nią chciałam ją odprowadzić, ale nie miałam siły. Szybko zgarnęłam rzeczy, a nogi automatycznie poprowadziły mnie do pokoju wspólnego Hufflepuffu. Rzuciłam się na łóżko nie zmieniając rzeczy. Pożegnałam się i zasnęłam, a śnił mi się profesor Binns mówiący, że mój referat ocenia na T i powinien wstawić mi jeszcze jedno T za okropne pismo. Chciałam mu wytłumaczyć, że to nie mój referat, tylko Narcyzy i je pomylił. Ale nie byłam w stanie otworzyć ze zmęczenia ust.

             



                                                                                           ***





Obudziłam się cała obolała i myślałam, że zaraz szlag mnie trafi. Ostatnie co pamiętałam to mój sen, w którym mama beszta mnie za wygląd mojego pokoju. Tłumaczyłam jej, że teraz jestem w Hogwarcie i z niego nie korzystam, ale ona tego nie słyszała. Po prostu koszmar. Uświadomiłam sobie nagle, że dzisiaj nie zostałam zerwana z łóżka przez Lucy, ale dalej smacznie sobie spałam, a oprócz tego byłam w szatach. Może to weekend? Otworzyłam oczy i gorzko tego pożałowałam.
               ~ Na gacie Merlina!!! - Wrzasnęłam przeraźliwie i z impetem sturlałam się z łózka.
               ~ Ha ha ha ha ha ha ha ha ha!!! - Lucy zanosiła się ze śmiechu na ziemi.
               ~ Co to było?! - Zapytałam z mieszaniną złości i uśmiechu na twarzy. Jednak to drugie przeważyło.
               ~ Żałuj, że nie widziałaś swojej miny! A mogłam ci zrobić zdjęcie! - Chichrała się Lucy.
Wyobraźcie sobie, że smacznie sobie śpicie. Otwieracie leniwie oczy, a tu wpatrująca się w ciebie twarz z wielkimi oczami i lekkim uśmiechem, zaledwie parę centymetrów od was.
               ~ Czemu ja cię jeszcze lubię? - Mruknęłam.
               ~ Bo jestem FAJNA i jestem SUPER i jestem MEGA i jestem NAJLEPSZA i jestem osobą, która przypomina ci o zadaniach do zrobienia. - Stwierdziła.
Szybko się przyszykowałam. Dzisiaj miałam włosy w kolorowe paski i orzechowe oczy.
W wielkiej sali roiło się od ludzi.
               ~ A teraz oddam ci przysługę i zrobię niespodziankę. - Powiedziała Lucy, przyśpieszając kroku i kierując się do dwóch chłopaków siedzących obok siebie. Zanim zdążyłam uświadomić sobie kim oni są i co Lucy robi było za późno.
               ~ Ej, Patil! - Krzyknęła, a on obrócił się w błyskawicznym tempie. Ciekawe czy na mnie też by tak zareagował? Boże, odbija mi. - Stwierdziłam.   
               ~ Tak?
               ~ Ja i Sonia mamy problem z numerologią, a ty jesteś w niej świetny. Wytłumaczysz nam o co w tym chodzi?
               ~ Tak. Jasne. - Odpowiedział i odwrócił się w naszą stronę.
Zamarłam.  Co ona zrobiła! Ta głupia, wredna, okropna….. Grrrr!                                              
 Lucy posadziła mnie obok naszego mini wykładowcy, a sama usiadła obok jego kumpla. Opowiedziała z czym mamy problem, a on zaczął tłumaczyć. Robiąc to, nachylał się tuż nade mną. Zrobiło mi się gorąco. Lucy udawała, że słucha, choć w rzeczywistości była pochłonięta rozmową z jego kolegą.
               ~ Rozumiesz już? - Zapytał mnie, posyłając ten swój promienny uśmiech.
               ~ Tak, jasne. Wielkie dzięki. - Nie zrozumiałam NIC co próbował mi wytłumaczyć, ale nie chciałam by mi znów tłumaczył, bo czułam się tak niezręcznie, że najchętniej zapadłabym się pod ziemię.
               ~ Nie ma za co.
               ~ Tak, wielkie dzięki. - Lucy wyszczerzyła zęby. - A ty zobaczysz, że to Japonia wygra! - Zawołała wskazując na chłopaka, z którym przed chwilą rozmawiała. - Chodź, bo się spóźnimy. - Zwróciła się w moją stronę.
               ~ I co, podobało się? - Zapytała.
               ~ Nie!!! Nie podobało się! Jak mogłaś! - Byłam wściekła!
               ~ Nic nie zjadłaś. - Stwierdziła, lekceważąc mój wybuch.
               ~ Co, gruchałaś z wybrańcem twojego serca? - Odezwał się głos obok mnie.
               ~ Z CHWILOWYM wybrańcem jej serca. - Lucy poprawiła Alice.
               ~ Przestańcie! Jeszcze ktoś usłyszy! - Mruknęłam z pretensją w głosie.
               ~ To tak odzywasz się do osoby, która załatwiła ci rozmowę z NIM. - Zawołała Lucy, ale nagle skupiła się na czymś przed nami.
               ~ Patrzcie, Narcyza i Malfoy...
Rzeczywiście, stali tam Malfoy, Narcyza i jej psiapsiółki. Niestety, nie dało się usłyszeć nawet skrawka ich energicznej rozmowy. Nie widziałyśmy nawet ich twarzy.
                 ~ Ci to mają problemy. - Sarkastycznie odezwała się Alice.
                 ~ Wielkie problemy, na skalę światową. - Dodała Lucy.                
                 ~ Te wszystkie dziewczyny... - Alice nie zdążyła dokończyć, bo Lucy jej przerwała:
                 ~ One lecą na Malfoya i nie chcą, żeby oni byli razem.
                 ~ Chodźmy. Zaraz zaczynają się zaklęcia. - Powiedziałam i biegiem poleciałyśmy na zaklęcia.





                                                                                            ***





Patrzyłem jak nachyla się nad nią i myślałem, że zaraz do niego wystartuję. Zobaczyłem, że Lucy i ( od drugiej strony sali ) Alice się na mnie patrzą. Szybko odwróciłem wzrok. Nie chciałem, żeby domyśliły się co do niej czuję.
             ~ Ty to masz problemy, Luniaczku. - Odezwał się James.
             ~ Nie umiesz zagadać do dziewczyny, która ci się podoba. - Oznajmił Syriusz.
             ~ O czym wy mówicie? - Mruknąłem czerwieniąc się po sam czubek głowy.
             ~ Słuchaj, masz w miarę dobre stosunki z jej dwoma koleżankami, z tymi, które dopiero co się tobie przyglądały. - Odparł James.
             ~ Wykorzystaj to. - Dodał Syriusz.
             ~ Nie wiem o co wam chodzi. - Stwierdziłem i schowałem się za gazetą.
             ~ Nie znamy się od dzisiaj Lunatyku. - Powiedział Peter. - Jednak trochę cię rozgryźliśmy przez ten czas.
             ~ Dokładnie. - Skwitował James.
             ~ Idę na chwilę do biblioteki... - Oznajmiłem i szybko zabrałem rzeczy. Nie zdążyli nawet się odezwać. Rzeczywiście, przez chwilę szedłem w stronę biblioteki, jednak po jakimś czasie skręciłem w prawo, ku sali zaklęć. Ciekawe czy ona tam będzie, powinna być. Zamyśliłem się i przypadkiem wpadłem na... Narcyzę Malfoy, którą otaczały grono pocieszających ją przyjaciółek.
             ~ Uważaj jak leziesz! - Warknęła ze łzami w oczach.
             ~ Przepraszam. - Mruknąłem. Minąłem ją i byłem już w klasie.
             ~  A gdzie twoi kolesie? - Usłyszałem. Odwróciłem się i zobaczyłem Lucy, Alice i... tak! Sonię!
             ~ Wiecie, chciałem powtórzyć przed lekcją. - Odpowiedziałem.
             ~ Aha... A co powtarzasz? - Zapytała Alice.
             ~ No, wiecie... ostatnią lekcje... - Powiedziałem.
             ~ To weź ją poucz. - Poprosiła Lucy wskazując na Sonię.
             ~ Tak, nie było jej na ostatniej lekcji, a nam nie chce się wszystkiego jej tłumaczyć. - Dodała Alice.
             ~ Ekh... yyy... jasne! - Dotarło do mnie, że mam szansę pouczyć Sonię, która wyglądała dzisiaj naprawdę ładnie.
             ~ Co? Ja nie potrzebuję korków! - Oburzyła się Sonia.
             ~ Nie korki, tylko wytłumaczenie ostatniego tematu! Ty w ogóle słuchasz? - Zapytała Sonię, Lucy.
             ~ No, wiesz... ja muszę tłumaczyć ci po dziesięć razy zielarstwo, bo osiem pierwszych razy w ogóle nie słuchasz. Dlatego zastanowiłabym się, kto tu kogo nie słucha. - Odpowiedziała Sonia z uśmiechem na twarzy, obserwując reakcję Lucy, która kiedy chciała dać upust swojej złości, zaczynała energicznie machać rękoma i się kręcić, co także tym razem uczyniła.
            ~ Jak ja kocham cię wnerwiać. - Wyszczerzyła zęby Sonia.
            ~ Nienawidzę cię. - Odpowiedziała Lucy, wysyłając jej mordercze spojrzenie, a ja i Alice zaczęliśmy się śmiać. Już chciałem zapytać co z tym uczeniem, kiedy wparowała cała klasa i zadzwonił dzwon oznajmiający lekcje.
            ~ Echhh... - Westchnąłem. A miałem taką okazję. Zauważyłem, że Lucy i Alice znowu się na mnie patrzą...




Sorry! Sorry, sorry, sorry, że tak późno, ale wiecie... szkoła i ta jej upierdliwość!
Mam nadzieję, że się podobało, a jeśli nie to sorry. Pisałam to po nocach, bo nie miałam czasu T^T ... Krytyki są spoks, więc jeżeli macie jakieś to proszę bardzo, rozpisujcie się na wielką skalę. I co ja tu jeszcze chciałam... a, nie obiecuję, że nie będzie więcej takich opóźnień, bo wiecie... ze mną nic nie wiadomo... ^.^
BUAHAHAHAHAHAHAHAHA! - Diaboliczny śmiech :D XD





                                                                                                           ~DreamBee