~ No nie gadaj! -Syriusz o mały włos nie zakrztusił się poranna owsianką.
Spojrzałem po reszcie mojej paczki. Wszyscy wytrzeszczali na mnie gały z niedowierzaniem, jedynie Łapa wyszczerzył się do mnie.
~ No nareszcie! Myślałem, że nigdy nie przestaniesz świrować! Stary! Teraz świat stoi przed tobą otworem! Wszystkie laski się zlecą! Tylko pamiętaj, że fajniejsze są moje! -Puścił do mnie oko.
~ Taa… jasne. Przepraszam was na chwile, zostawiłem podręcznik do zaklęć w dormitorium. Spotkamy się w klasie. - Ruszyłem w stronę naszego pokoju.
Czułem na sobie spojrzenia przyjaciół. Wiedzieli, że tak naprawdę po prostu chcę pobyć chwilę sam. Nie poszedłem do dormitorium. Tak naprawdę nie zwracałem uwagi na to gdzie idę. Nogi niosły mnie same. Do zaklęć zostało jeszcze 20 minut. Nawet nie zauważyłem, kiedy znalazłem się przed biblioteką. Wszedłem do środka i usiadłem przy małym stoliczku w rogu. Nie było wiele osób- grupka Krukonów na oko z 4 roku, dwie Puchonki plotkujące i chichoczące przy półce, jakiś Ślizgon rozmawiający z… Sonią?
Podszedłem bliżej chcąc podsłuchać o czym rozmawiają. Nie wyglądało na to by czarnowłosy chłopak jej dokuczał. Czemu Sonia z nim gada? Co to za typ? Chłopak nagle wyjął różdżkę i wyczarował Sonii królicze uszy.
***
Zaśmiałem się głośno. Sonia wyglądała naprawdę malowniczo z uszami i z tą plamą na szacie!
~ Tak Ci do śmiechu Ślizgonie? Może teraz przestanie Ci być tak wesoło! -Usłyszałem głos zza Soni.
Stał tam ten wszystkim dobrze znany, pyszałek, Potter.
Coś błysnęło na niebiesko i poczułem ciarki w okolicach skroni. Po chwili wymacałem duże kozie rogi na swojej głowie. Wściekłem się.
~ Co Potter? Myślisz, że jesteś taki fajny bo umiesz czarować? Uwierz mi ta panienka nie padnie Ci do nóg dziękować!
Sonia spojrzała na mnie zdezorientowana.
~ Wybacz mu Soniu, ten baran jest zbyt głupi by się z nim zadawać, choć. -Wziął dziewczynę za rękę chcąc ją zabrać z sali.
W tedy Sonia się ocknęła. Wyrwała rękę zdumionemu Potterowi i podeszła do mnie.
~ Jack wybacz mu. Wiem, że czasem zachowuje się jak przygłup ale lubię go. -Spojrzała na zdezorientowanego Pottera z politowaniem, co bardzo mi się spodobało.
~ James, to jest mój brat, Jack. Teraz proszę odczaruj mojego brata. - Słowa "mojego brata" powiedziała z takim naciskiem, że ten młotek się zarumienił, gdy zdał sobie sprawę jaką gafę popełnił. Szybko zdjął zaklęcie i mruknął jakieś niemrawe "przepraszam" w moim kierunku. Po czym ruszył w kierunku wyjścia.
~ Pójdę z nim. Zaraz mamy razem zaklęcia a sądzę, że może ma mi coś do powiedzenia. -Mrugnęła do mnie i dała mi buziaka.
~ Dzięki za astronomię! -I wyleciała z sali.
Totalnie zapomniała o króliczych uszach. Już miałem za nią zawołać ale wstrzymałem się. Niech będzie trochę ubawu. Uśmiechnąłem się pod nosem, zebrałem rzeczy ze stolika, schowałem je do torby i ruszyłem w stronę wyjścia, po drodze przyglądając się jakiejś fajnej lasce z Hufflepuffu.
***
Godzinę wcześniej
~ CO?! -Łyżka z owsianką spadła na podłogę.
~ Już?! Nie przesadzaj! A właśnie zaczęłam wam układać wspólną przyszłość! -Lucy spojrzała na mnie udając załamaną.
Wzruszyłam tylko ramionami i zaczęłam nalewać sobie herbaty gdy przysiadła się do nas Alice. Ale nie zauważyła, że nalewałam gorący napój i potrąciła mój łokieć. Herbata wylądowała na mojej szacie. Miałam to szczęście, że udało mi się nie poparzyć ale szata była do prania. Alice spojrzała na mnie. Powiedziała tylko "Ups" i już zaczęła trajkotać z Lucy. Westchnęłam i pogrążyłam się w myślach wyłączając się na świat zewnętrzny. Jednak nie trwało to długo.
~ Co? Tak późno? A już myślałam, że coś z tego wyjdzie. -Stwierdziła Alice robiąc bardzo zawiedzioną minę.
~ Nic z tego nie wyjdzie! Proszę skończmy już tę rozmowę. -Miałam już dość zachowania przyjaciółek. Wystarczy im powiedzieć, że już się kogoś nie kocha i proszę bardzo! Nie zejdą z głowy przez cały dzień, jak nie więcej.
~ Muszę jedną rzecz załatwić. Spotkamy się na transmutacji. Paa - I poleciałam do biblioteki.
***
~ Ja naprawdę podziwiam mugoli! Jak oni przeżywają bez magii? Tyle rzeczy już zrobili….- Uśmiechnęłam się słuchając trajkotania Artura. Byliśmy w kuchni i piliśmy kremowe piwo. Nasze plany na Hogsemeade nie mogła się udać więc zdecydowaliśmy się na kremowe piwo domowej roboty w Hogwarcie. Skrzaty domowe bardzo dobrze już nas znały i zawsze udawało im się mnie zaskoczyć niezapomnianym i nieporównywalnym smakiem. Byłam szczęśliwa że byłam tylko z Arturem. Wraz z Alice i Sonką dłużej się znałam ale często lepiej się czułam z Arturem. Pewnie dlatego że częściej się z nim widywałam - jako że oboje byliśmy w Hufflepuffie, i na wszystkich lekcjach razem pracowaliśmy.
***
Zapadał już zmrok. Ostatnie promienie słońca przemykały między pniami drzew. Jakaś para gnomów ścigała się wokół krzaczku dzikiej jagody. Poprawiłem zbiór włosów jednorożca który uzbierałem podczas szukania testrali, które chciałem nakarmić. Zacząłem iść w stronę zamku gdy usłyszałem jakiś szelest. Załadowałem kuszę, którą zawsze mam przy sobie i krzyknąłem
~ Kto idzie?! - Mój głos potoczył się echem pomiędzy konarami.
Odpowiedział mi kolejny szelest. Z krzaków wyłoniła się głowa Jamesa. Tylko, że…
~ James! Co ty masz na głowie?! Skąd te rogi?! - Oniemiały patrzyłem na uciekającego oczami chłopaka.
Nagle obok Jamesa pojawiła się kolejna głowa, tym razem bez rogów.
~ To ja mu wyczarowałem Hagrid! ~ Syriusz zamachnął różdżką, a James skrzywił się jakby strasznie go to zabolało i rogi jelenia znikły. Dziwnie to wyglądało ale wolałem się nie mieszać.
~ Co wy tu w ogóle robicie? Nie powinno was tu być! Jak McGonagall się dowie zarobicie kolejny szlaban! - Spojrzałem w krzak zza którego wyszli.
~ Ehhh… Peter, Remus. Wyjdźcie. - Dwóch chłopców wyłoniło się z lekka przestraszonymi minami.
~ Powiecie mi wreszcie co wy tu robicie? - Spojrzeli po sobie.
~ Szukaliśmy korkowych jagód. Z ich soku można zrobić super atrament! - Tłumaczył James.
Coś mi tu śmierdziało ale zrozumiałem, że i tak nic mi nie powiedzą.
~ No dobra chłopaki… Tylko pamiętajcie, żebyście sobie nie zrobili krzywdy… tym atramentem. - Zachęciłem ich ręką, żeby szli przede mną.
~ Ale na dziś koniec poszukiwań. Wracamy do zamku!
~ Nie powiesz McGonagall prawda? Hagridzie! Prosimy! Lupin poszedł z nami bo go strasznie prosiliśmy! to było przez nas! Jeśli McGonagall się dowie odbierze mu odznakę prefekta! - Wiedziałem, że tylko starają się wybronić przed kolejnym szlabanem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Bardzo lubiłem tę bandę darmozjadów.
~ Nie, nie powiem jej. Możecie być spokojni. I zejdźcie już z tego Remusa. - Mrugnąłem do prefekta.
~ Dzięki!!! - Krzyknęli jednocześnie James i Syriusz. I pobiegli przed w stronę zamku podkładając sobie nogi i śmiejąc się głośno. Szybkim krokiem ruszyli za nimi pozostali przyjaciele.
Jednak coś mi się nie zgadzało… Za Syriuszem powiewał długi, czarny, psi ogon…
Chciałem za nimi krzyknąć ale byli już za daleko. Wzruszyłem ramionami, przetarłem oczy i zacząłem przeklinać w myślach zmęczenie i omamy. Skręciłem w stronę mojej chatki.
Hej, przepraszam, że tak długo…
Nie będę wam się tłumaczyć bo po co? Mam do was prośbę- Jeżeli ktoś to w ogóle czyta to proszę, skomentujcie!
Pozdrawiam! :)
~ MoonLight
środa, 1 lipca 2015
czwartek, 25 czerwca 2015
Rozdział 7
Nie mogłem uwierzyć że to zrobiła. Nie rozumiałem dlaczego Sonia rzuciłaby się pomiędzy trzy zaklęcia a Narcyzę. Musiałem z nią porozmawiać. Musiałem ją też przeprosić za rzucenie na nią zaklęcia. Reszta huncwotów próbowała mnie przekonywać że nie byłem jedyny winny, ale oni nie rozumieli. Nie dość że byłem potworem i byłem niebezpieczny raz na miesiąc, to w dodatku byłem niebezpieczny nawet za dnia. Wiem że próbowali mnie pocieszyć, ale oni nigdy nie czuli się winni. Wstałem z mojego łóżka, i założyłem buty. Czas zobaczyć się z Sonią.
Dostałem się do skrzydła szpitalnego jak najszybciej. Wszedłem do środka. Ku mej wielkiej uldze Sonia była sama i rozbudzona. Usiadłem przy jej łóżku.
~ Cześć…… -Zacząłem nieśmiało.
~ Cześć -Odpowiedziała uśmiechając się lekko.
~ Ja chciałem… yyy… - No wyduś to z siebie kretynie!
Sonia spojrzała się na mnie wyczekująco.
~ Chciałem Cie przeprosić za te zaklęcie, które rzuciłem. Chciałem trafić w Narcyzę! Przepraszam!! -Wyrzuciłem jednym tchem.
~Ależ Remusie! Nie musisz za nic przepraszać! To ja odepchnęłam Narcyzę, wiec nie było w tym twojej winy! -Sonia położyła jej rękę na mojej.
~Ale…. dlaczego to zrobiłaś? Przecież przez nią wylądowałaś w skrzydle szpitalnym! Zostawiła cię pod zaklęciem levicorpus przez trzy godziny! -Miałem nadzieje że uzna moje rumieńce na twarzy za oznak złości. Nie chciałem by wiedziała co do niej czuję. Sonia popatrzyła na bok, i puściła moją rękę.
~Po pierwsze to nie była Narcyza tylko Lucjusz, a po drugie nie chciałam byście wpadli w kłopoty. -Odpowiedziała w końcu. Ja przytaknąłem, rozumiejąc jej dobre chęci. Chwile siedzieliśmy w ciszy.
~Muszę pójść na lekcje…. -Chciałbym dłużej z nią zostać, ale nie mielibyśmy o czym rozmawiać. Tylko bym ją przynudzał. Pomachałem jej na pożegnanie ręką a ona zrobiła to samo.
***
Szłam korytarzem gdy usłyszałam dwa głosy: Lily Evans i James Potter stali w pustym korytarzu. Zaczęłam podsłuchiwać.
~Wiesz Jamsie…… Długo się nad tym zastanawiałam…. Chcę wyjść z tobą do Hogsmeade w tym roku. Jednak chce być z tobą. - O super, bo brakowało tutaj obściskujących się par. Miałam sobie pójść gdy usłyszałam odpowiedź Jamesa.
~Nie. Nie chce być twoim chłopakiem. Przez pięć lat się za tobą uganiałem, a ty cały czas mnie odrzucałaś. Jest już za późno. -Kopara mi opadła.
~I naprawdę nie mam szansy tego naprawić? -Załamany głos Lily potoczył się echem po korytarzu.
~Obawiam się że nie. Jak już powiedziałem: jest już za późno. Przepraszam. -Lily odwróciła się i odbiegła od Jamesa. On westchnął, rozejrzał się i zobaczył mnie.
~Lucy? Co ty tu robisz? -Zapytał zrezygnowanym głosem. Podeszłam do niego.
~Przechodziłam, i usłyszałam was…. Muszę przyznać, że wydawało mi się że wyjdziesz z nią…. Mogę wiedzieć czemu z nią nie poszedłeś? -Zapytałam, czując litość do niego. Wyglądał na zrozpaczonego.
~ Za długo na nią czekałem. Nie mam ochoty już tego ciągnąć. -Nigdy nie widziałam Jamesa tak poważnego. Chciałam go pocieszyć, więc zaczęłam rozmowę o quidittchu. Razem rozmawiając weszliśmy do wspólnej sali Gryffindoru.
***
Razem z Arturem męczyliśmy się nad referatem z eliksirów.
~Skończyłam! - powiedziałam, podpisując się. Popatrzyłam na Artura. który też kończył.
~Jutro przeczytamy to dobrze? ja już nie mogę… Kto by wiedział że szczęście tak trudno otrzymać! -Artur zażartował.
~ Hej, 'Lis, chciałabyś wpaść ze mną do Hogsmeade jutro. Wiem że umówiłaś się z twoimi przyjaciółkami, ale może wcześniej chciałabyś zajść ze mną do Trzech Mioteł? -Nie musiał się pytać dwa razy. Rzuciłam mu się na szyję zgadzając się.
***
Szłam korytarzem w stronę dormitorium marząc tylko o tym by rzucić się na łóżko i już nie wstawać.
~ Hej! Żetonie Nienawiści! -Usłyszałam głos za sobą. Przewróciłam oczami i uśmiechnęłam się pod nosem. Tylko jedna osoba potrafiłaby zrobić mi taką wiochę przed korytarzem pełnym uczniów. Udałam, że nic nie słyszałam i szłam dalej.
~Hej Żetusiu! nie udawaj, że nie słyszysz! -Mój brat Jack dobiegł do mnie szczerząc się do mnie.
~ Kiedy przestaniesz tak na mnie mówić? -Zapytałam wkurzona
~ Skarbie, wiesz przecież, że nie mam zamiaru przestawać! -Jack wyszczerzył się jeszcze bardziej.
Dręczył mnie tym odkąd miałam 4 lata! Bawiłam się w pirata i właśnie zaatakowałam okręt jakiegoś kupca. Wypowiedziałam wtedy słowa, które moja rodzinka zapamiętała do czasów dzisiejszych a w szczególności mój kochany braciszek. A brzmiało to tak- "Drżyjcie przede mną albowiem jestem tygrysem nienawiści! Jaskinią nienawiści! ŻETONEM NIENAWIŚCI!!!" Co poradzę, że wtedy myślałam, że żeton oznacza coś groźnego?!
~Dokąd idziesz Żetusiu? -Spojrzał na mnie ubawiony.
Jack był ode mnie o dwa lata starszy i był w Slytherinie ale to był chyba najfajniejszy Ślizgon na świecie!
~ Do dormitorium. Czeka mnie dzisiaj wypracowanie z astronomii. -Spojrzałam zrezygnowana na brata. Dobrze wiedział, że jestem beznadziejna z tego przedmiotu.
~ Chcesz pomocy? Mogę Ci to napisać jeśli chcesz dla mnie astronomia to nie problem. Jestem genialny jeśli chodzi o to!
~ Jaki skromny! -Mrugnął do mnie.
~To jak?
Dałam mu zeszyt z tematem, powiedziałam co i jak i przytuliłam się do niego.
~Dzięki - Szepnęłam mu do ucha.
~ Nie ma za co. Tylko pamiętaj by potem to przepisać! -Uśmiechnął się do mnie.
~ Jasne! Dzięki wielkie! Jesteś kochany! -Uśmiechnęłam się do niego i poszłam do dormitorium.
Mamy nadzieje że wam się spodobało. Jak zawsze, krytyki są mile widziane :)
~Crucjatka
środa, 22 kwietnia 2015
Rozdział 6
~ Ćśśś!... budzi się! -Ktoś szepnął. Próbowałam otworzyć oczy, ale zdawało mi się, że przyczepiono do nich jakieś małe odważniki, które obciążyły moje powieki. Kiedy wreszcie otworzyłam oczy oślepiło mnie światło, a przed oczyma widziałam jakieś świetliste postaci.
~ Czeeeść. -Szepnęła Lucy.
~ Wszystko OK? -Zapytała Alice.
Chciałam usiąść, ale tak łupnęło mi w głowie, że prawie zleciałam z łóżka.
~ Taaak... Wszystko OK... Ale z czym? - Zapytałam półżywa.
~ Boże... -A już myślałam, że Ci te zaklęcia naprawią mózg... -Powiedziała Lucy.
~ Byłoby tak pięknie... -Dodała Alice, szczerząc zęby.
~ Ale o co chodzi? Czemu rozrywa mi łeb? -Spytałam zniecierpliwiona.
~ Bo dostałaś trzema zaklęciami, które były przeznaczone dla Narcyzy. -Odpowiedziała Lucy.
~ Wiesz, przyznałyśmy Ci obie order spapronusa wszystkusa. -Dodała Alice.
~ A, no tak... Co?! To, to ja oberwałam od was i wy jeszcze nawet nie przepraszacie, tylko po mnie jeździcie?!
~ Nie, to nie nasza wina, choć jesteśmy w 0,000001% winne. To Lupin rypnął trzecim zaklęciem. Dwa zaklęcia nic strasznego by nie zrobiły, ale trzy to już lekka przesada... -Szybko odpowiedziała Alice.
~ Żabę? -Zapytała Lucy wyciągając rękę z czekoladową żabą w moją stronę. Spałaszowałam ją w dwie chwile.
~ Remus przez dwa dni tu sypiał... Ale dziś wieczorem Srakwoci zabrali go stąd siłą... -Dodała.
Nagle zaczęło kręcić mi się w głowie. Poleciałam na łózko i zignorowałam ostatnie słowa Lucy.
~ Wybaczcie, ale chyba się prześpię. -Nie zdążyły nawet odpowiedzieć, bo już spałam.
***
Dwa dni wcześniej
~ Co to, do jasnej ciasnej miało być?! - Krzyknęła Lucy.
~ Ja nie chciałem... - Odpowiedział załamany Remus.
~ Ja rozumiem, że miłość miłością, ale chyba mogłeś się człowieku zapytać! -Wrzasnęła.
Dookoła była cisza tak gęsta, jak mrok, który miałam przed oczyma, gdy zobaczyłam leżącą Sonię.
~ Spokojnie. -Powiedział Syriusz, a Lupin schował twarz w dłoniach.
~ To był wypa...
~ Tak, to był wypadek. I co z tego? -Niespodziewanie się odezwałam i przerwałam Syriuszowi i Lucy, która znowu otwierała usta.
~ Nie rozumiecie... Jak byście zareagowali, gdyby Jamesowi, czy Lupinowi, albo któremukolwiek z was coś podobnego się stało? -Zapytałam. Mówiłam to z tak dużą boleścią w głosie, że sama się zdziwiłam, że mam do dyspozycji taki żałosny ton głosu.
~ No, jak? -Powtórzyłam, już ze złością w głosie, która z każdą chwilą narastała.
~ Jak, do cholery?! -Nieświadomie już krzyczałam, a oczy zaczęły szczypać. Byłam tak zła, że czułam jak zaraz pęknę.
~ Czego się czepiacie!? -Wrzasnął James.
~ Myślicie, że to specjalnie, kretynki! Nie widzicie, jak on to wszystko przeżywa?! Wydaję mi się, czy jak na razie to wy się wydzieracie, a on wygląda na załamanego?! Nie zwalajcie całej winy na niego!
Popatrzyłam na Lucy. Ja to pół biedy, ale kiedy ona się wkurzy to rozwali w proch. Wyglądała, jakby miała się na nich rzucić i rozszarpać. James zrozumiał swój błąd i chciał przeprosić, ale o dziwo to ja mu przerwałam. Nie chciałam już go słuchać. Nie chciałam słuchać jak nam wszystko wygarnia. Czułyśmy się winne i to bardziej niż Remus, ale nie chciałyśmy tego pokazywać. Widziałam, że Lucy jest na granicy wytrzymałości, a ja sama czułam, że zaraz się na nich rzucę.
~ Jesteście głupi. -Powiedziałam.
Chciałam wziąć ze sobą Lucy i odejść, ale ona już napięcie odchodziła. Rzuciła na nich ostatnie mordercze spojrzenie i już jej nie było.
***
Czytałam. Nic mnie tak nie odprężało, jak czytanie. Ja i Alice siedziałyśmy i czytałyśmy. Kątem oka zobaczyłam idących bokiem Srakwotów, ale po co patrzeć na te ich nieocenzurowane, obleśne mordy?
Remus już na mnie nie może liczyć, a James niech się dwa razy zastanowi, zanim do mnie podejdzie. Mijały ciche minuty, aż wreszcie wydusiłam z siebie propozycję, o której tak długo myślałam, byłyśmy u niej godzinę temu, ale dalej była nieprzytomna, więc...
~ Idziemy do Sonii? -Zapytałyśmy obie w tym samym czasie. Chyba nam obu zaprzątało to głowę. Uśmiechnęłyśmy się do siebie i bez słowa wstałyśmy i udałyśmy się w stronę skrzydła szpitalnego.
~ Pamiętaj. Wszystko gra. Nie kłóciłyśmy się z nikim, pokój na świecie i w ogóle, tak? -Zapytałam Alice, a ta skinęła głową.
~ I jeśli zobaczę tam Srakwotów, to ewakuuj wszystkich z budynku. -Zażartowałam i atmosfera zelżała. Miło było usłyszeć śmiech Alice. Sama się uśmiechnęłam.
Weszłyśmy i o dziwo zobaczyłam Patila odchodzącego właśnie od łóżka Sonii. Zdziwione stanęłyśmy jak wryte i patrzyłyśmy, gdy uśmiechnął się do nas i powiedział:
~ Cześć... -Ominąwszy nas wyszedł. A ja zobaczyłam na korytarzu jego kolegę, miłego i zabawnego kolegę i przystojnego...
~ Patrz! Ruszyła się! -Usłyszałam Alice i po chwili już siedziałyśmy rozmawiając z nią na łóżku.
***
~ Hej! -Usłyszałam. Usiadłam wyprostowana, wyrwana z powolnego przysypiania, czego osoba stojąca przede mną chyba nie zauważyła. Książka leżąca na moich kolanach zsunęła się na ziemię. Zobaczyłam przed sobą piękne brązowo-orzechowe oczy, w których błyszczały wesołe świetliki. O to przede mną stał Johnattan Blue. Jeden z najlepszych przyjaciół Patila. Ten z którym ostatnio gadałam o quidittchu. Uśmiechnął się do mnie, a ja przypomniałam sobie, że mam rozczochrane włosy i trochę śladów śliny po bokach ust. Szybko je przetarłam, z włosami nie było co poradzić. Przeczesałam je palcami, przetarłam oczy i byłam gotowa do rozmowy.
~ Cz-Cześć! -Odpowiedziałam.
~ O co chodzi, Johnattan?
~ Chciałem zapytać, czy... Może pożyczyłabyś mi notatki z wczorajszego dnia? Wiesz, nie było mnie.
~ A, tak! Oczywiście. Zaczekaj tu momencik, a ja znajdę je wszystkie. Muszę je odkopać z mojej torby.
~ Jasne.
~ Aaa... -Zaczęłam.
~ Nie chcesz wziąć ich od Patila, lub kogoś, kto jest dobry w notowaniu? Wiesz, moje są OK, ale mistrzem nie jestem. Anna przecież robi takie kolorowe...
~ Wiem, ale mieliśmy dwie lekcje zaklęć, obronę przed czarną magią i eliksiry... A jesteś w nich całkiem dobra i tak sobie pomyślałem, że może mi je pożyczysz... A Patill przecież bazgroli, jak kura pazurem. Ale jak nie chcesz, to wezmę od Anny...
~ Nie! Nie o to chodzi! Zastanawiałam się tylko, czy moje notatki coś Ci dadzą. Z chęcią Ci je pożyczę i dzięki... -Chodziło mi o jego uwagę o tym, że jestem całkiem dobra w tych przedmiotach.
Nim coś odpowiedział pomknęłam na górę, nie chcąc się jeszcze bardziej ośmieszyć. Ta sytuacja była taka żenująca... Pomyślał, że nie chcę mu pożyczyć zeszytów. Jednak, jego uwaga o przedmiotach, w których jestem dobra... Fajnie byłoby, gdyby naprawdę tak myślał... Ale czemu miałoby mi zależeć... Minęła chwila i już byłam na dole z zeszytami.
~ Proszę bardzo. -Wręczyłam mu zeszyty.
~ Dzięki wielkie. -Uśmiechnął się do mnie, a ja odwzajemniłam ten piękny uśmiech.
~ Mam pytanie... -Zaczął.
~ Moooże... Poszłabyś ze mną na spotkanie... Niedługo wychodzimy do Hogsmeade i tak się zastanawiałem, czy może poszłabyś ze mną...
Co?! Zaprasza mnie na coś w stylu randki!? Czułam, jak w moim brzuchu zaczęły latać motyle... Nie, żeby mi się podobał, czy coś, ale jest miły i przystojny i fajny i zna się na quidittchu…
~... I z chłopakami do takiego fajowego, nowego miejsca. Nazywają je Quidittch Caffe. To jest nowa kafejka, gdzie masz chyba wszystkie książki o quidditchu, akcesoria i gadżety. Nawet repliki mioteł! Jak chcesz, to weź ze sobą dziewczyny! A! Mają tam nawet potrawy w kształcie złotych zniczy, czy mioteł! Tooo... przyjdziesz?
Musiałam mieć minę zbitego psa, bo patrzył na mnie dziwnym, pytającym wzrokiem i miał tak uroczo przekrzywioną głowę, a jego ciemne, rozczochrane włosy opadały mu lekko na oczy.
~ Tak! Jasne! Z chęcią się wybierzemy! -Odparłam, udając, że nic mnie to nie ruszyło.
~ To super! Będę ja, Patil i Longbottom. -Był podekscytowany. Mi też się podobał ten pomysł, ale byłby jeszcze lepszy, gdyby był tam tylko on i ja. Rozmawialibyśmy o wszystkim i o niczym...
~ Dziękuję i do soboty! -Zawołał i wyszedł.
~ Do soboty... -Mruknęłam, do jego znikających pleców. Sonia już zdrowieje, więc powinna z nami pójść, tym bardziej, że będzie tam pewna osoba, którą baaaaardzo lubi (wiecie o kogo mi chodzi). Alice się ucieszy, bo będzie Frank (kilka razy z nim gadała i bardzo przypadł jej do gustu), a ja spędzę trochę czasu z Johnattanem... Plus QUIDITTCH. To mówi samo za siebie.
Mówiłam, że mogą być pewne opóźnienia, bo jestem dziwna... Trochę mi się wszystko pomieszało i to opóźnienie jest duuuże. Cała wina spada na mnie, ale ja ją zrzucę na kogoś innego, więc po co mnie obwiniać. No, ale przepraszam... Wybaaaczcie mi, bo inaczej będzie mi smutno T.T
~DreamBee
~ Czeeeść. -Szepnęła Lucy.
~ Wszystko OK? -Zapytała Alice.
Chciałam usiąść, ale tak łupnęło mi w głowie, że prawie zleciałam z łóżka.
~ Taaak... Wszystko OK... Ale z czym? - Zapytałam półżywa.
~ Boże... -A już myślałam, że Ci te zaklęcia naprawią mózg... -Powiedziała Lucy.
~ Byłoby tak pięknie... -Dodała Alice, szczerząc zęby.
~ Ale o co chodzi? Czemu rozrywa mi łeb? -Spytałam zniecierpliwiona.
~ Bo dostałaś trzema zaklęciami, które były przeznaczone dla Narcyzy. -Odpowiedziała Lucy.
~ Wiesz, przyznałyśmy Ci obie order spapronusa wszystkusa. -Dodała Alice.
~ A, no tak... Co?! To, to ja oberwałam od was i wy jeszcze nawet nie przepraszacie, tylko po mnie jeździcie?!
~ Nie, to nie nasza wina, choć jesteśmy w 0,000001% winne. To Lupin rypnął trzecim zaklęciem. Dwa zaklęcia nic strasznego by nie zrobiły, ale trzy to już lekka przesada... -Szybko odpowiedziała Alice.
~ Żabę? -Zapytała Lucy wyciągając rękę z czekoladową żabą w moją stronę. Spałaszowałam ją w dwie chwile.
~ Remus przez dwa dni tu sypiał... Ale dziś wieczorem Srakwoci zabrali go stąd siłą... -Dodała.
Nagle zaczęło kręcić mi się w głowie. Poleciałam na łózko i zignorowałam ostatnie słowa Lucy.
~ Wybaczcie, ale chyba się prześpię. -Nie zdążyły nawet odpowiedzieć, bo już spałam.
***
Dwa dni wcześniej
~ Co to, do jasnej ciasnej miało być?! - Krzyknęła Lucy.
~ Ja nie chciałem... - Odpowiedział załamany Remus.
~ Ja rozumiem, że miłość miłością, ale chyba mogłeś się człowieku zapytać! -Wrzasnęła.
Dookoła była cisza tak gęsta, jak mrok, który miałam przed oczyma, gdy zobaczyłam leżącą Sonię.
~ Spokojnie. -Powiedział Syriusz, a Lupin schował twarz w dłoniach.
~ To był wypa...
~ Tak, to był wypadek. I co z tego? -Niespodziewanie się odezwałam i przerwałam Syriuszowi i Lucy, która znowu otwierała usta.
~ Nie rozumiecie... Jak byście zareagowali, gdyby Jamesowi, czy Lupinowi, albo któremukolwiek z was coś podobnego się stało? -Zapytałam. Mówiłam to z tak dużą boleścią w głosie, że sama się zdziwiłam, że mam do dyspozycji taki żałosny ton głosu.
~ No, jak? -Powtórzyłam, już ze złością w głosie, która z każdą chwilą narastała.
~ Jak, do cholery?! -Nieświadomie już krzyczałam, a oczy zaczęły szczypać. Byłam tak zła, że czułam jak zaraz pęknę.
~ Czego się czepiacie!? -Wrzasnął James.
~ Myślicie, że to specjalnie, kretynki! Nie widzicie, jak on to wszystko przeżywa?! Wydaję mi się, czy jak na razie to wy się wydzieracie, a on wygląda na załamanego?! Nie zwalajcie całej winy na niego!
Popatrzyłam na Lucy. Ja to pół biedy, ale kiedy ona się wkurzy to rozwali w proch. Wyglądała, jakby miała się na nich rzucić i rozszarpać. James zrozumiał swój błąd i chciał przeprosić, ale o dziwo to ja mu przerwałam. Nie chciałam już go słuchać. Nie chciałam słuchać jak nam wszystko wygarnia. Czułyśmy się winne i to bardziej niż Remus, ale nie chciałyśmy tego pokazywać. Widziałam, że Lucy jest na granicy wytrzymałości, a ja sama czułam, że zaraz się na nich rzucę.
~ Jesteście głupi. -Powiedziałam.
Chciałam wziąć ze sobą Lucy i odejść, ale ona już napięcie odchodziła. Rzuciła na nich ostatnie mordercze spojrzenie i już jej nie było.
***
Czytałam. Nic mnie tak nie odprężało, jak czytanie. Ja i Alice siedziałyśmy i czytałyśmy. Kątem oka zobaczyłam idących bokiem Srakwotów, ale po co patrzeć na te ich nieocenzurowane, obleśne mordy?
Remus już na mnie nie może liczyć, a James niech się dwa razy zastanowi, zanim do mnie podejdzie. Mijały ciche minuty, aż wreszcie wydusiłam z siebie propozycję, o której tak długo myślałam, byłyśmy u niej godzinę temu, ale dalej była nieprzytomna, więc...
~ Idziemy do Sonii? -Zapytałyśmy obie w tym samym czasie. Chyba nam obu zaprzątało to głowę. Uśmiechnęłyśmy się do siebie i bez słowa wstałyśmy i udałyśmy się w stronę skrzydła szpitalnego.
~ Pamiętaj. Wszystko gra. Nie kłóciłyśmy się z nikim, pokój na świecie i w ogóle, tak? -Zapytałam Alice, a ta skinęła głową.
~ I jeśli zobaczę tam Srakwotów, to ewakuuj wszystkich z budynku. -Zażartowałam i atmosfera zelżała. Miło było usłyszeć śmiech Alice. Sama się uśmiechnęłam.
Weszłyśmy i o dziwo zobaczyłam Patila odchodzącego właśnie od łóżka Sonii. Zdziwione stanęłyśmy jak wryte i patrzyłyśmy, gdy uśmiechnął się do nas i powiedział:
~ Cześć... -Ominąwszy nas wyszedł. A ja zobaczyłam na korytarzu jego kolegę, miłego i zabawnego kolegę i przystojnego...
~ Patrz! Ruszyła się! -Usłyszałam Alice i po chwili już siedziałyśmy rozmawiając z nią na łóżku.
***
~ Hej! -Usłyszałam. Usiadłam wyprostowana, wyrwana z powolnego przysypiania, czego osoba stojąca przede mną chyba nie zauważyła. Książka leżąca na moich kolanach zsunęła się na ziemię. Zobaczyłam przed sobą piękne brązowo-orzechowe oczy, w których błyszczały wesołe świetliki. O to przede mną stał Johnattan Blue. Jeden z najlepszych przyjaciół Patila. Ten z którym ostatnio gadałam o quidittchu. Uśmiechnął się do mnie, a ja przypomniałam sobie, że mam rozczochrane włosy i trochę śladów śliny po bokach ust. Szybko je przetarłam, z włosami nie było co poradzić. Przeczesałam je palcami, przetarłam oczy i byłam gotowa do rozmowy.
~ Cz-Cześć! -Odpowiedziałam.
~ O co chodzi, Johnattan?
~ Chciałem zapytać, czy... Może pożyczyłabyś mi notatki z wczorajszego dnia? Wiesz, nie było mnie.
~ A, tak! Oczywiście. Zaczekaj tu momencik, a ja znajdę je wszystkie. Muszę je odkopać z mojej torby.
~ Jasne.
~ Aaa... -Zaczęłam.
~ Nie chcesz wziąć ich od Patila, lub kogoś, kto jest dobry w notowaniu? Wiesz, moje są OK, ale mistrzem nie jestem. Anna przecież robi takie kolorowe...
~ Wiem, ale mieliśmy dwie lekcje zaklęć, obronę przed czarną magią i eliksiry... A jesteś w nich całkiem dobra i tak sobie pomyślałem, że może mi je pożyczysz... A Patill przecież bazgroli, jak kura pazurem. Ale jak nie chcesz, to wezmę od Anny...
~ Nie! Nie o to chodzi! Zastanawiałam się tylko, czy moje notatki coś Ci dadzą. Z chęcią Ci je pożyczę i dzięki... -Chodziło mi o jego uwagę o tym, że jestem całkiem dobra w tych przedmiotach.
Nim coś odpowiedział pomknęłam na górę, nie chcąc się jeszcze bardziej ośmieszyć. Ta sytuacja była taka żenująca... Pomyślał, że nie chcę mu pożyczyć zeszytów. Jednak, jego uwaga o przedmiotach, w których jestem dobra... Fajnie byłoby, gdyby naprawdę tak myślał... Ale czemu miałoby mi zależeć... Minęła chwila i już byłam na dole z zeszytami.
~ Proszę bardzo. -Wręczyłam mu zeszyty.
~ Dzięki wielkie. -Uśmiechnął się do mnie, a ja odwzajemniłam ten piękny uśmiech.
~ Mam pytanie... -Zaczął.
~ Moooże... Poszłabyś ze mną na spotkanie... Niedługo wychodzimy do Hogsmeade i tak się zastanawiałem, czy może poszłabyś ze mną...
Co?! Zaprasza mnie na coś w stylu randki!? Czułam, jak w moim brzuchu zaczęły latać motyle... Nie, żeby mi się podobał, czy coś, ale jest miły i przystojny i fajny i zna się na quidittchu…
~... I z chłopakami do takiego fajowego, nowego miejsca. Nazywają je Quidittch Caffe. To jest nowa kafejka, gdzie masz chyba wszystkie książki o quidditchu, akcesoria i gadżety. Nawet repliki mioteł! Jak chcesz, to weź ze sobą dziewczyny! A! Mają tam nawet potrawy w kształcie złotych zniczy, czy mioteł! Tooo... przyjdziesz?
Musiałam mieć minę zbitego psa, bo patrzył na mnie dziwnym, pytającym wzrokiem i miał tak uroczo przekrzywioną głowę, a jego ciemne, rozczochrane włosy opadały mu lekko na oczy.
~ Tak! Jasne! Z chęcią się wybierzemy! -Odparłam, udając, że nic mnie to nie ruszyło.
~ To super! Będę ja, Patil i Longbottom. -Był podekscytowany. Mi też się podobał ten pomysł, ale byłby jeszcze lepszy, gdyby był tam tylko on i ja. Rozmawialibyśmy o wszystkim i o niczym...
~ Dziękuję i do soboty! -Zawołał i wyszedł.
~ Do soboty... -Mruknęłam, do jego znikających pleców. Sonia już zdrowieje, więc powinna z nami pójść, tym bardziej, że będzie tam pewna osoba, którą baaaaardzo lubi (wiecie o kogo mi chodzi). Alice się ucieszy, bo będzie Frank (kilka razy z nim gadała i bardzo przypadł jej do gustu), a ja spędzę trochę czasu z Johnattanem... Plus QUIDITTCH. To mówi samo za siebie.
Mówiłam, że mogą być pewne opóźnienia, bo jestem dziwna... Trochę mi się wszystko pomieszało i to opóźnienie jest duuuże. Cała wina spada na mnie, ale ja ją zrzucę na kogoś innego, więc po co mnie obwiniać. No, ale przepraszam... Wybaaaczcie mi, bo inaczej będzie mi smutno T.T
~DreamBee
Subskrybuj:
Posty (Atom)