piątek, 25 lipca 2014

Rozdział 1

         ~Szybciej Alice! Bo jeszcze się spóźnimy! - moja starsza siostra, Samantha, wykrzyknęła, ciągnąc mnie. Ja podgłośniłam mojego iPoda, przyśpieszając kroku. Jako że nie podobała mi się piosenka która leciała, wyjęłam Ipoda z kieszeni by zmienić utwór. Nagle, poczułam jak moje ciało upada. Przygotowałam się na przykre zderzenie z ziemią, ale to nie nastąpiło. Zamiast tego, ktoś pomagał mi wstać. Był to chłopak. wyższy ode mnie, czarne włosy w nieładzie, i jasno zielone oczy. Patrzył na mnie jakby zatroskany.
         ~ Czy wszystko w porządku? Nic Ci się nie stało? - Zapytał.
         ~ Tak, mi nic się nie stało, a tobie? A, dziękuję…. Eee…. Jak masz na imię? - Zapytałam, czując się dość głupio. Nieznajomy uśmiechnął się.
         ~ Frank. Frank Longbottom. A ty jesteś? - Zapytał.
         ~ Alice. Alice Carter. - Uśmiechnęłam się do niego.
         ~ Potrzebujesz pomocy z bagażami? - Potrząsnęłam głową z uśmiechem,
         ~ Nie, dzięki. To…. Do zobaczenia Frank.- skinęłam mu głową, i odeszłam, szukając wzrokiem moich najbliższych przyjaciółek.
Nagle, ktoś mi wskoczył na plecy. Szeroko się uśmiechnęłam. Tylko jedna osoba mnie tak wita.
         ~ Serwus, Sonia! - Powiedziałam, i usłyszałam jej śmiech. Zeszła mi z pleców, i przytuliłyśmy się. Dzisiaj miała długie, zielone włosy i czarne pasemka. Jak to na Sonie przystało, nie mogła się zdecydować. I nie mogła też wybrać koloru mniej rzucającego się w oczy. Chociaż czasami zdarzały się wyjątki.  Chwilę później, opowiadałyśmy sobie o wakacjach.
Wchodząc do wagonu, Sonia złapała się za głowę.
         ~ Alice! A gdzie jest Lucy? - Rozejrzałam się, moje oczy się rozszerzyły w strachu o nią. Byłyśmy w drugim wagonie, jakoś tak się złożyło, że co roku tutaj siadałyśmy, i razem z Sonią, przepychałyśmy się w zatłoczonym pociągu, sprawdzając w każdym przedziale. W końcu, zrezygnowane weszłyśmy do ostatniego przedziału. Tam usiadłam zrozpaczona.
         ~ Nigdzie jej nie ma! Nie pojedzie z nami do Hogwartu…. Sonia, a jeśli ją zabili? - Popatrzyłam na moją przyjaciółkę, ale ta patrzyła na coś nad moją głową. wyraźnie powstrzymując wybuch w śmiechu. Też uśmiechnęłam się pod nosem, gdy ktoś na mnie skoczył, wrzeszcząc "BUUUUUUU!!!!" do mojego ucha.
        ~ Czasami was nienawidzę. - Rzekłam z uśmiechem.
        ~ My ciebie też. - Odparła Lucy, a Sonia mi wysłała całusa.
Podczas gdy czekałyśmy na odjazd pociągu, Sonia i Lucy dzieliły się pomysłami na dowcipy i żarty, a ja uśmiechnęłam się lekko, pamiętając nasz pierwszy przyjazd do Hogwartu.
                                            
                                           
                                                                                                                                                                                                                        
                                                                                   ***
                                                                         ~wspomnienie~
                                                                                                                                                                              


Gdy odjerzdżały od King's Cross, krople deszczu bębniły o okna pociągu, ale dwie koleżanki nie przejmowały się tym, one rozmawiały o domach w których chciałyby być, o nauczycielach i o Hagridzie. Ja niewiele o nim wiedziałam, ale Lucy go uwielbiała. Rodzice Lucy zapraszali go na herbatki co najmniej raz na miesiąc. Najmniej cieszyła się Sonia
         ~ Od szkoły mugolskiej do szkoły czarodziei… Serio, jak ja mam to wytrzymać? - Narzekała.
         ~ Ha, ty to mówisz? Tata i mama chcą żebym miała takie oceny jak Samantha: czyli najlepsze. Wiecie jak kiepsko mi przychodzi skupienie się - Też powiedziałam co mnie najbardziej trapiło. Ale Sonia opowiedziała nowo poznany żart i zapomniałam o moim zmartwieniu, przyłączając się do ogólnej radości panującej w przedziale. Nim się obejrzałyśmy, trzeba było się przebierać w szaty, brać kufry i schodzić. Wtedy po raz pierwszy widziałam Hagrida. Czy wielkolud krzyczący na pierwszoroczniaków żeby się ustawili w rzędzie mnie onieśmielił? W życiu! Już po chwili byłam zaproszona razem z Sonią i Lucy na herbatkę. Gdy byłyśmy na łódce, starałam się ją przewrócić, ale Sonia i Lucy mi nie pozwoliły (a szkoda, nadal chcę wiedzieć jak tam pod wodą jest). Ten moment, gdy po  raz pierwszy weszłam do Hogwartu. To miejsce, tętniło życiem, magią i sekretami. Wielka Sala wydawała mi się przeogromna, i chociaż nigdy bym się do tego przyznała, trochę się speszyłam. Słowa piosenki tiary dawno mi wyleciały z pamięci, ale przekaz był jasny: w ciemnych czasach Tego-Którego-Nie-Wolno-Wymawiać, przetrwamy tylko jeśli się połączymy. McGonagall wyczytywała imiona nowych uczniów.
         ~ Bone, Lucy - razem z Sonią szepnęłyśmy jej "powodzenia", cała roztrzęsiona i przerażona, z wypiekiami na twarzy założyła na siebie kapelusz. Była chwila ciszy, gdy nagle kapelusz ryknął
  GRYFFINDOR!!! - Gryfoni wstali klaszcząc, a Lucy miała na twarzy promienny uśmiech.Cieszyłam się z powodu Lucy, strasznie chciała być w Gryffindorze, w końcu, tam była cała jej rodzina.
         ~ Carter Alice- Głos McGonagall przywołał mnie na ziemię.
Podeszłam do kapelusza, moje zaniepokojenie wzrastało coraz bardziej.
   RAVEN- Nie, nie Ravenclaw- Wiwaty  od stołu Ravenclawu ucichły w oka mgnieniu.
Słyszałam jak stara czapka zastanawia się do jakiego domu mnie przydzielić. I w końcu, po ciszy trwającej wieki, znów przemówiła.
    HUFFLEPUFF! - Byłam zdezorientowana. Prosiłam o miejsce w Gryffindorze! Jednak kapelusz nie chciał już zmieniać decyzji, więc podeszłam do stołu gdzie rozbrzmiewały wiwaty na moją cześć.
Coraz węcej ludzi podchodziło do przydzielonych stołów i nareszcie usłyszałam nazwisko Soni.
         ~ Rickwoold Sonea. - Popatrzyłam pomiędzy stołami na Lucy. Nie byłyśmy koło  siebie, ale wiedziałam że myślałyśmy o tym samym: Sonea? Nie dziwię się że wolała Betty.
  GRYFFINDOR! - i Sonia zeszła z wielkimi rumieńcami na policzkach. Usiadła koło Lucy, a ta zaczęła atakować ją pytaniami.
Na koniec, chłopak o imieniem Artur Weasley usiadł koło mnie. Wtedy wstał dyrektor.
          ~ Witam was, na kolejnym roku w Hogwarcie. Mam kilka spraw do przekazania zanim zjecie coś… - Nie słuchałam go. I tak nie lubię reguł i zasad, więc zamiast tego patrzyłam na ludzi przy moim stole. Wszyscy wydawali się przyjaźni, no ale czego innego miałabym się spodziewać po Puchonach? Znów usłyszałam głos dyrektora.
           ~ Sumo , mądrala, brzdąc, a teraz… Wsuwajcie! - Wydawało mi się że Dumbledore był szalony. I to mi się podobało.
 

                                           
                                                                                     ***
                                                                                                                                                                                           


Pukanie przerwało mój tok wspomnień. Drzwi otworzył James Potter, jeden z huncwotów. On i trzej inni huncwoci: Syriusz Black, Remus Lupin i Peter Pettigrew byli tak jak my, na piątym roku w Gryffindorze.
           ~ Cześć panienki, znalazłoby się tu miejsce dla czterech przystojnych chłopaków? - Zapytał uśmiechając się.
           ~ Hej, hej Jamsie, ja tu widzę tylko jednego przystojnego chłopaka: mnie. - Syriusz powiedział, i wszystkie się zaśmiałyśmy, no... Może Lucy się nie zaśmiała, tylko z dezaprobatą przewróciła oczami, ale ja usłyszałam lekkie, ledwo słyszalne parsknięcie śmiechu.
           ~ Za to ja widzę czterech, małych, bezmózgich głupków, którzy PRESZKADZAJĄ MI w czytaniu! - Stwierdziła, wymachując z irytacją książką, Lucy. Syriusz już miał coś odpowiedzieć, ale przerwał mu krzyk jednego z huncwotów.
           ~ Hej, chłopaki! Znalazłem całkiem wolny przedział! - Peter powiedział podbiegając do trójki. Wtedy Syriusz popatrzył znów na nas.
           ~ Przepraszamy dziewczyny. Wiemy że byłyście w siódmym niebie, ale musimy was sprowadzić z powrotem na ziemię. Nie będziecie siedzieć z nami. - Syriusz z błyskiem w oku ukłonił się i odszedł z innymi.
Popatrzyłam na dziewczyny, i zaśmiałyśmy się. Mimo iż nie przepadałam za huncwotami, musiałam przyznać że byli zabawni.
           ~ Czy oni naprawdę myśleli że jechanie w jednym wagonie z nimi byłoby jakimś zaszczytem? - Sonia spytała się, niedowierzająco. Chyba że był to sarkazm. Nie wiem, nie widzę różnicy.
           ~ A może byśmy tak zrobiły im jakiegoś psikusa? - Zaproponowała Lucy.
           ~ A może na Smarkerusie? - Sonia miała niepokojący błysk w oku.
           ~Sama nie wiem... - Lucy nie była zwolenniczką wyżywania się na Severusie, czy innych Ślizgonach ( oczywiście dopóki żaden z nich jej nie zezłościł ).
           ~ To ja…. zostanę się przebrać. -  Powiedziałam, wiedząc że rujnuje im zabawę. Ale Severus, na którego wszyscy Gryfoni i jego wrogowie mówili Smarkerus, był moim…. kolegą. Nie mogłabym mu zrobić jakiegoś nieprzyjemnego żartu. Dziewczyny poszły sobie, a ja się przebrałam w moją szatę. Nudno było tak samemu tkwić jak kołek w przedziale, więc wyszłam. Zaczęłam szukać mojej najbliższej koleżanki z dormitorium, Jasmine Faruno. Znalazłam ją i zaczęłyśmy sobie opowiadać nasze wakacje.



                              
                                                                                  ***                                                                                                                                                                                                                 



Och, Hogwart. Mój dom. Razem z Sonią i Lucy jechałam na samo jeżdżących powozach, czując radość z powrotu do domu. Wiem, że większość uczniów też czuła się tutaj bardziej jak w domu niż w ich rzeczywistych domach. Tutaj byliśmy bezpieczni od Sami-Wiecie-Kogo, a brutalna rzeczywistość umykała nam tutaj. Mieliśmy szczęście, że on bał się naszego dyrektora, więc nasz zamek był najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Weszłyśmy razem do Wielkiej Sali i tam się rozdzieliłyśmy, tak jak każdego roku. Lucy i Sonia podbiegły do ich koleżanek z dormitorium przy stole Gryfonów, a ja usiadłam koło mojego najbliższego przyjaciela, Artura Weasley'a przy stole Puchonów.
          ~ Czołem Artie! - Powiedziałam siadając koło niego.
          ~ Hejka 'Lis! - Obrócił się i przytuliliśmy się.
Czułam na sobie spojrzenie Lisy Stone, dziewczyny z którą byłam z dormitorium, i która z jakiegoś powodu mnie nie lubiła, ale zdecydowałam się ją zignorować. 
Nagle, cała sala ucichła i pierwszoroczniacy weszli, wyglądając na przerażonych. Tak jak co roku zakładałam się z Arturem, kto powinien znaleźć się, w którym domu. Gdy ceremonia przydziału skończyła się na jakimś nowym Krukonie, Dumbledore wstał.
          ~ Witajcie, mam nadzieje że wakacje się udały, bo teraz musicie zejść na ziemie. Szkoła się zaczęła! Tak jak co roku, prosimy o trzymanie się z dala od Zakazanego Lasu powinni o tym wiedzieć także niektóre osoby z piątego roku (spojrzałyśmy na siebie z Lucy), a lista rzeczy, których Pan Filch nie pozwala mieć, powiększa się o samozapalne śmierdzące granaty, lizakowe dynamity i inne nowości od Zonka. - Uśmiechnęłam się pod nosem. Już wiedziałam co dziewczyny będą chciały mieć pod choinkę, ale będzie ubaw!
Potem Dumbledore powiedział coś o Czarnym Panie i o trzymaniu się razem by go przezwyciężyć…. Mniej więcej to samo co zawsze. Po czym powiedział moje ukochane słowa.
          ~ A teraz…. Wsuwajcie! - Nie musiał tego powtarzać. Rzuciłam się na jedzenie.
Gdy skończyliśmy, nasi prefekci zaprowadzili pierwszoroczniaków przed nasz obraz. Był to stary obraz przedstawiający polowanie. Za krzakami krył się ledwo widoczny borsuk. Trzeba było pogłaskać go za uchem żeby wejść.
Nasz Pokój Wspólny był zrobiony całkowicie z kamienia, ale było mnóstwo dywanów, puff, kanap, by starczyło miejsca dla każdego. Najlepsze był fakt, że do nas każdy mógł wejść, jak tylko wiedział gdzie jest borsuk. Oczywiście, Sonia i Lucy wiedziały i często wpadały, ja do nich nie, gdyż nie mam pamięci do haseł.
Razem z nimi odkryłam magiczny tunel, który pojawiał się gdy się wypowiadało magiczną formułkę "Borówki, malinki, cukrowe jeżynki". Był on za rochomym kamieniem w ścianie. Tunel ten prowadził prosto do kuchni. Odkryłyśmy go gdy Sonia dostała bzika na punkcie owoców i zaczęła wymyślać wierszyki, opierając się o ścianę. Chciała nas tym zdenerwować, ale nagle kamień przesunął się, i Sonia wleciała do środka. razem z Lucy chciałyśmy ją zostawić tam ale usłyszałyśmy szczęk naczyń i piskliwe głosy. Weszłyśmy szybko do środka, i wylądowałyśmy w kuchni. Sonia już tam była otoczona Skrzatami Domowymi. Teraz bardzo często używam tego tunelu, i Skrzaty Domowe przyzwyczaiły się do mojej obecnośi gdy one pracują.
Głosy innych ludzi i stukot stóp przerwał mój tok myślenia. Podeszłam w głąb Pokoju gdzie były schody prowadzące do dormitorium dziewczyn. Podeszłam do mojego, i weszłam. Czekała mnie noc trajkotania z Jasmine i Gwen Stoll.


                                                                                                                         
                                                                                                                                     ~Crucjatka*                                                                                                             

No, pierwszy rozdział! Podobał się? Krytyki widziane. Miło i nie miło. Moje wizzy :D

* wpadłyśmy na pomysł, bo wiemy, że każda z nas ma inny styl pisania, że raz rozdział będzie pisać jedna, potem druga, a potem trzecia. Tak na przemian rozumiecie? Pod każdym rozdziałem będzie się podpisywać autorka.
                              

czwartek, 24 lipca 2014

Prolog

        To był słoneczny dzień, nowość w Anglii, kiedy trzech czarodziejów spotkało się w Esach Floresach.  Każdy z nich miał ze sobą swoją pięcioletnią córeczkę. Jedna z nich, cały czas zmieniała swój kolor włosów, śmiejąc się radośnie. Druga, patrzyła nieśmiało na nieznajomych, zza nóg ojca. Trzecia ledwo weszła i wywaliła półkę z księgami historycznymi, na szczęście jej ojciec ruchem różdżki uratował ją. Ta, nie zważając na fakt, że mogła zginąć, podbiegła do nieśmiałej dziewczynki i odciągnęła od jej taty, do tęczowo-włosej.
        ~ Cześć! Nazywam się Alice! Lubię jednorożce, i… I tęczę i… - W czasie gdy Alice, dziewczynka, która wywaliła półkę trajkotała sama, dwie dziewczynki popatrzyły na siebie z politowaniem.
        ~ A wy?
        ~ No więc, ja nazywam się Betty - Powiedziała tęczowo-włosa
        ~ Sonia! Chodź tu!  - Zawołał małą ojciec. Kolorowa dziewczynka ze spuszczonymi oczami i bardzo zawstydzoną miną, odeszła do ojca, który przytulił ją i wziął na ręce.
Dwie pięciolatki spojrzały na siebie.
        ~ A ty? A ty? A ty? Jak się nazywasz?! - Alice skakała radośnie obok nieśmiałej pięciolatki.
        ~ Ja jestem Lucy. - Przedstawiła się podnosząc wysoko głowę.
W tym momencie, znudzona gadaniną dorosłych Sonia, wyrwała się z ojcowskich objęć i wróciła do koleżanek.
        ~ To…. Eee…. Betty? Sonia? Które jest twoje prawdziwe?- Spytała się Lucy, na co Betty/Sonia zarumieniła się.
        ~ Tak na prawdę to Sonia, ale nie lubię tego głupiego imienia! - tupnęła nóżką zdenerwowana.
        ~ Ja na szczęście swoje lubię. - Powiedziała trochę niegrzecznie Lucy, na co Alice wybuchnęła głośnym śmiechem.
Sonia spojrzała zdziwiona na śmiejącą się dziewczynkę.
        ~ Dlaczego się śmiejesz? - spytała.
        ~ A bo ja wiem? Lubie się śmiać, więc się śmieję. Lepsze to od płakania, nie? - Alice miała szeroki uśmiech na twarzy. Dwie pozostałe dziewczynki wybuchnęły śmiechem, a Alice się przyłączyła.
        ~ Poprosimy naszych ojców, żeby wzięli nas do lodziarni Fortescue? - Zapytała Lucy, patrząc na dziewczynki pytającym wzrokiem.
        ~ Super pomysł! Tato możemy iść na lody? - spytała Sonia swojego ojca.
        ~ Cóż, to całkiem niezły pomysł. Jak myślisz Luke? - Ojciec Alice spojrzał na zamyślonego ojca Sonii.
        ~ No nie wiem, Steve. Pola prosiła mnie żebym wrócił przed kolacją, co będzie za pół godziny… -odparł Luke.
Sonia spojrzała pełnymi żalu i smutku oczami na ojca.
        ~ Proszę Tato zgódź się! Zgódź się!
        ~ Nie daj się prosić stary, myślę, że Pola nie będzie zła jak zostaniesz jeszcze z godzinkę - Nalegał Steve.
        ~Proszę Tato chodźmy na lody! - Mały łakomczuch znowu zaczął swoje lamenty.
        ~ No dobra, już dobra. -odparł zrezygnowanym głosem Luke. ~ Wyślę tylko patronusa z wiadomością.
Odszedł kawałek na bok i wyczarował srebrnego jaśniejącego żurawia. Dał mu kilka instrukcji i wrócił do przyjaciół.
        ~Ooooh! Ja też chcem ptaszka! Mogę takiego ptaszka? - Alice patrzyła za żurawiem jak zaczarowana.
W tym samym czasie trzeci  z mężczyzn spojrzał na zegarek, zawołał Lucy, podziękował za zaproszenie i powiedział:
        ~Niestety musimy się zbierać.
        ~Ale tato! Ja uwielbiam lody! - Zawołała jednocześnie z żalem, złością i smutkiem mała dziewczynka, która właśnie podeszła do ojca i zawiesiła się na jego ręce.
        ~Tom! Nie bądź taki! Ja zostaję, a teraz ty nie idziesz!? - Powiedział z wyrzutem Luke.
        ~Niestety, mam zebranie w Ministerstwie Magii i nie mogę się spóźnić. Wyobraź sobie, jakby to wyglądało, gdyby szef spóźnił się na zebranie, które sam zwołał. Z resztą, to Departament Tajemnic... Tam WSZYSCY są poważni... - Odparł, puszczając oko.
        ~To niesprawiedliwe! - Gniewnie krzyknęła dziewczynka. Widać było, że powstrzymuje łzy.
        ~Życie jest niesprawiedliwe. Pożegnaj się i idziemy. - Odparł dobitnie jej ojciec.
Dziewczynka podeszła do koleżanek, mruknęła smutne pa, pożegnała się z dorosłymi i wbiła rozżalony wzrok w swoje buty, a gdy jedna łza spłynęła jej po policzku, szybko ją starła z nadzieją, że nikt nie zdążył zobaczyć tej małej oznaki słabości i jeszcze bardziej się rozzłościła. Niewiadomą było tylko na kogo, czy na siebie, czy na jej tatę, czy na Ministerstwo Magii, przez które jej ojciec musiał się udać na zebranie, a może i na cały świat.
Ojciec pożegnał się z przyjaciółmi, wziął małą na ręce i teleportował się z głośnym trzaskiem.
        ~ No cóż, nie jestem pewny czy już nie pójdę, bo bez Toma, sam przyznasz, że nie ma zabawy. - Mruknął Luke
        ~ Wiesz, chyba masz racje. My też już się zbieramy. Chodź Alice! - Zawołał swoją pociechę Steve.
Sonia trochę zasępiona podeszła do ojca. Wiedziała że dalsze protesty nie mają sensu. Za to Alice stała w miejscu ze zdeterminowaną miną i ze skrzyżowanymi rękami.
        ~ Nigdzie nie idę! Chcę na lody! - Krzyczała pięciolatka.
Steve spojrzał porozumiewawczo na Luka. Podszedł do Alice i wziął wyrywającą się dziewczynkę na ręce.
        ~ W domu są lody. Będziesz mogła zjeść jak wrócimy - Odpowiedział znużonym głosem Steve
        ~ Ale ja nie chcę w domu! Chcę tutaj! W domu to nie to samo! - Dziecko zaczęło się jeszcze bardziej wyrywać.
Steve westchnął i zwrócił się do Luka:
        ~ Dobra , nie ma co się z nią użerać. Wracamy do domu. Do zobaczenia stary! - Odwrócił się i poszedł w stronę wyjścia z płaczącym wniebogłosy dzieckiem. Stanął na progu jeszcze raz, pomachał do kolegi i zniknął.
Luke spojrzał na swoją córkę.
        ~ Jak tam, spodobały ci się nowe koleżanki?
Sonia spojrzała na ojca z błyskiem w oku.
        ~ O tak, bardzo. Zobaczę je jeszcze? Co tato? Proszę! - Sonia spojrzała na zamyślonego ojca i dla zabawy zafarbowała sobie brwi na niebiesko.
        ~Myślę, że tak, a teraz chodźmy. Mama będzie czekać. - złapał dziewczynkę za rączkę i poprowadził do wyjścia.


To co o nas myślicie? Udało nam się dziś napisać! Hurra! :D
Lubicie nasze dziewczyny? Piszcie w komentarzach swoje zdanie. Krytyki miło widziane.
Drodzy czarodzieje, mugole, gobliny i tym podobne stworzenia, mamy przyjemność (my trzy huncwotki) przedstawić wam kolejne fanfiction o huncwotach. To, co tu przeczytacie będzie czymś, co wyprodukowały nasze trzy zryte banie, więc prosimy o wyrozumiałość. Jest to nasz pierwszy blog, więc szykujcie się na totalną klęskę! Prolog pojawi się, eee...    Same nie wiemy, dlatego prosimy o cierpliwość.
Miłego dnia :)
(Albo i nie :p)

              
                            Huncwotki 


P.S: W prologu nie będzie huncwotów, tylko przedstawimy nasze postacie, nie wkurzajcie się :*