~ Ćśśś!... budzi się! -Ktoś szepnął. Próbowałam otworzyć oczy, ale zdawało mi się, że przyczepiono do nich jakieś małe odważniki, które obciążyły moje powieki. Kiedy wreszcie otworzyłam oczy oślepiło mnie światło, a przed oczyma widziałam jakieś świetliste postaci.
~ Czeeeść. -Szepnęła Lucy.
~ Wszystko OK? -Zapytała Alice.
Chciałam usiąść, ale tak łupnęło mi w głowie, że prawie zleciałam z łóżka.
~ Taaak... Wszystko OK... Ale z czym? - Zapytałam półżywa.
~ Boże... -A już myślałam, że Ci te zaklęcia naprawią mózg... -Powiedziała Lucy.
~ Byłoby tak pięknie... -Dodała Alice, szczerząc zęby.
~ Ale o co chodzi? Czemu rozrywa mi łeb? -Spytałam zniecierpliwiona.
~ Bo dostałaś trzema zaklęciami, które były przeznaczone dla Narcyzy. -Odpowiedziała Lucy.
~ Wiesz, przyznałyśmy Ci obie order spapronusa wszystkusa. -Dodała Alice.
~ A, no tak... Co?! To, to ja oberwałam od was i wy jeszcze nawet nie przepraszacie, tylko po mnie jeździcie?!
~ Nie, to nie nasza wina, choć jesteśmy w 0,000001% winne. To Lupin rypnął trzecim zaklęciem. Dwa zaklęcia nic strasznego by nie zrobiły, ale trzy to już lekka przesada... -Szybko odpowiedziała Alice.
~ Żabę? -Zapytała Lucy wyciągając rękę z czekoladową żabą w moją stronę. Spałaszowałam ją w dwie chwile.
~ Remus przez dwa dni tu sypiał... Ale dziś wieczorem Srakwoci zabrali go stąd siłą... -Dodała.
Nagle zaczęło kręcić mi się w głowie. Poleciałam na łózko i zignorowałam ostatnie słowa Lucy.
~ Wybaczcie, ale chyba się prześpię. -Nie zdążyły nawet odpowiedzieć, bo już spałam.
***
Dwa dni wcześniej
~ Co to, do jasnej ciasnej miało być?! - Krzyknęła Lucy.
~ Ja nie chciałem... - Odpowiedział załamany Remus.
~ Ja rozumiem, że miłość miłością, ale chyba mogłeś się człowieku zapytać! -Wrzasnęła.
Dookoła była cisza tak gęsta, jak mrok, który miałam przed oczyma, gdy zobaczyłam leżącą Sonię.
~ Spokojnie. -Powiedział Syriusz, a Lupin schował twarz w dłoniach.
~ To był wypa...
~ Tak, to był wypadek. I co z tego? -Niespodziewanie się odezwałam i przerwałam Syriuszowi i Lucy, która znowu otwierała usta.
~ Nie rozumiecie... Jak byście zareagowali, gdyby Jamesowi, czy Lupinowi, albo któremukolwiek z was coś podobnego się stało? -Zapytałam. Mówiłam to z tak dużą boleścią w głosie, że sama się zdziwiłam, że mam do dyspozycji taki żałosny ton głosu.
~ No, jak? -Powtórzyłam, już ze złością w głosie, która z każdą chwilą narastała.
~ Jak, do cholery?! -Nieświadomie już krzyczałam, a oczy zaczęły szczypać. Byłam tak zła, że czułam jak zaraz pęknę.
~ Czego się czepiacie!? -Wrzasnął James.
~ Myślicie, że to specjalnie, kretynki! Nie widzicie, jak on to wszystko przeżywa?! Wydaję mi się, czy jak na razie to wy się wydzieracie, a on wygląda na załamanego?! Nie zwalajcie całej winy na niego!
Popatrzyłam na Lucy. Ja to pół biedy, ale kiedy ona się wkurzy to rozwali w proch. Wyglądała, jakby miała się na nich rzucić i rozszarpać. James zrozumiał swój błąd i chciał przeprosić, ale o dziwo to ja mu przerwałam. Nie chciałam już go słuchać. Nie chciałam słuchać jak nam wszystko wygarnia. Czułyśmy się winne i to bardziej niż Remus, ale nie chciałyśmy tego pokazywać. Widziałam, że Lucy jest na granicy wytrzymałości, a ja sama czułam, że zaraz się na nich rzucę.
~ Jesteście głupi. -Powiedziałam.
Chciałam wziąć ze sobą Lucy i odejść, ale ona już napięcie odchodziła. Rzuciła na nich ostatnie mordercze spojrzenie i już jej nie było.
***
Czytałam. Nic mnie tak nie odprężało, jak czytanie. Ja i Alice siedziałyśmy i czytałyśmy. Kątem oka zobaczyłam idących bokiem Srakwotów, ale po co patrzeć na te ich nieocenzurowane, obleśne mordy?
Remus już na mnie nie może liczyć, a James niech się dwa razy zastanowi, zanim do mnie podejdzie. Mijały ciche minuty, aż wreszcie wydusiłam z siebie propozycję, o której tak długo myślałam, byłyśmy u niej godzinę temu, ale dalej była nieprzytomna, więc...
~ Idziemy do Sonii? -Zapytałyśmy obie w tym samym czasie. Chyba nam obu zaprzątało to głowę. Uśmiechnęłyśmy się do siebie i bez słowa wstałyśmy i udałyśmy się w stronę skrzydła szpitalnego.
~ Pamiętaj. Wszystko gra. Nie kłóciłyśmy się z nikim, pokój na świecie i w ogóle, tak? -Zapytałam Alice, a ta skinęła głową.
~ I jeśli zobaczę tam Srakwotów, to ewakuuj wszystkich z budynku. -Zażartowałam i atmosfera zelżała. Miło było usłyszeć śmiech Alice. Sama się uśmiechnęłam.
Weszłyśmy i o dziwo zobaczyłam Patila odchodzącego właśnie od łóżka Sonii. Zdziwione stanęłyśmy jak wryte i patrzyłyśmy, gdy uśmiechnął się do nas i powiedział:
~ Cześć... -Ominąwszy nas wyszedł. A ja zobaczyłam na korytarzu jego kolegę, miłego i zabawnego kolegę i przystojnego...
~ Patrz! Ruszyła się! -Usłyszałam Alice i po chwili już siedziałyśmy rozmawiając z nią na łóżku.
***
~ Hej! -Usłyszałam. Usiadłam wyprostowana, wyrwana z powolnego przysypiania, czego osoba stojąca przede mną chyba nie zauważyła. Książka leżąca na moich kolanach zsunęła się na ziemię. Zobaczyłam przed sobą piękne brązowo-orzechowe oczy, w których błyszczały wesołe świetliki. O to przede mną stał Johnattan Blue. Jeden z najlepszych przyjaciół Patila. Ten z którym ostatnio gadałam o quidittchu. Uśmiechnął się do mnie, a ja przypomniałam sobie, że mam rozczochrane włosy i trochę śladów śliny po bokach ust. Szybko je przetarłam, z włosami nie było co poradzić. Przeczesałam je palcami, przetarłam oczy i byłam gotowa do rozmowy.
~ Cz-Cześć! -Odpowiedziałam.
~ O co chodzi, Johnattan?
~ Chciałem zapytać, czy... Może pożyczyłabyś mi notatki z wczorajszego dnia? Wiesz, nie było mnie.
~ A, tak! Oczywiście. Zaczekaj tu momencik, a ja znajdę je wszystkie. Muszę je odkopać z mojej torby.
~ Jasne.
~ Aaa... -Zaczęłam.
~ Nie chcesz wziąć ich od Patila, lub kogoś, kto jest dobry w notowaniu? Wiesz, moje są OK, ale mistrzem nie jestem. Anna przecież robi takie kolorowe...
~ Wiem, ale mieliśmy dwie lekcje zaklęć, obronę przed czarną magią i eliksiry... A jesteś w nich całkiem dobra i tak sobie pomyślałem, że może mi je pożyczysz... A Patill przecież bazgroli, jak kura pazurem. Ale jak nie chcesz, to wezmę od Anny...
~ Nie! Nie o to chodzi! Zastanawiałam się tylko, czy moje notatki coś Ci dadzą. Z chęcią Ci je pożyczę i dzięki... -Chodziło mi o jego uwagę o tym, że jestem całkiem dobra w tych przedmiotach.
Nim coś odpowiedział pomknęłam na górę, nie chcąc się jeszcze bardziej ośmieszyć. Ta sytuacja była taka żenująca... Pomyślał, że nie chcę mu pożyczyć zeszytów. Jednak, jego uwaga o przedmiotach, w których jestem dobra... Fajnie byłoby, gdyby naprawdę tak myślał... Ale czemu miałoby mi zależeć... Minęła chwila i już byłam na dole z zeszytami.
~ Proszę bardzo. -Wręczyłam mu zeszyty.
~ Dzięki wielkie. -Uśmiechnął się do mnie, a ja odwzajemniłam ten piękny uśmiech.
~ Mam pytanie... -Zaczął.
~ Moooże... Poszłabyś ze mną na spotkanie... Niedługo wychodzimy do Hogsmeade i tak się zastanawiałem, czy może poszłabyś ze mną...
Co?! Zaprasza mnie na coś w stylu randki!? Czułam, jak w moim brzuchu zaczęły latać motyle... Nie, żeby mi się podobał, czy coś, ale jest miły i przystojny i fajny i zna się na quidittchu…
~... I z chłopakami do takiego fajowego, nowego miejsca. Nazywają je Quidittch Caffe. To jest nowa kafejka, gdzie masz chyba wszystkie książki o quidditchu, akcesoria i gadżety. Nawet repliki mioteł! Jak chcesz, to weź ze sobą dziewczyny! A! Mają tam nawet potrawy w kształcie złotych zniczy, czy mioteł! Tooo... przyjdziesz?
Musiałam mieć minę zbitego psa, bo patrzył na mnie dziwnym, pytającym wzrokiem i miał tak uroczo przekrzywioną głowę, a jego ciemne, rozczochrane włosy opadały mu lekko na oczy.
~ Tak! Jasne! Z chęcią się wybierzemy! -Odparłam, udając, że nic mnie to nie ruszyło.
~ To super! Będę ja, Patil i Longbottom. -Był podekscytowany. Mi też się podobał ten pomysł, ale byłby jeszcze lepszy, gdyby był tam tylko on i ja. Rozmawialibyśmy o wszystkim i o niczym...
~ Dziękuję i do soboty! -Zawołał i wyszedł.
~ Do soboty... -Mruknęłam, do jego znikających pleców. Sonia już zdrowieje, więc powinna z nami pójść, tym bardziej, że będzie tam pewna osoba, którą baaaaardzo lubi (wiecie o kogo mi chodzi). Alice się ucieszy, bo będzie Frank (kilka razy z nim gadała i bardzo przypadł jej do gustu), a ja spędzę trochę czasu z Johnattanem... Plus QUIDITTCH. To mówi samo za siebie.
Mówiłam, że mogą być pewne opóźnienia, bo jestem dziwna... Trochę mi się wszystko pomieszało i to opóźnienie jest duuuże. Cała wina spada na mnie, ale ja ją zrzucę na kogoś innego, więc po co mnie obwiniać. No, ale przepraszam... Wybaaaczcie mi, bo inaczej będzie mi smutno T.T
~DreamBee