niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozdział 2

                 Obudziłam się dzisiaj wcześnie, ale jak to bywa nie chciało mi się wstawać. Zakopałam się głębiej w pierzynę, próbując przywołać na oczy sen który już się ulatniał.
Poczułam, że moje łóżko ugina się pod jeszcze jednym ciałem. Wiedziałam,że zostanę zaraz brutalnie rozbudzona. Byłam bardzo ciekawa co Lucy tym razem wymyśli; obleje mnie wiadrem lodowatej wody? A może wyłaskocze mnie na śmierć? Nie wiedziałam - moja koleżanka zawsze znajdowała jakiś sposób by wywabić mnie z łóżka. Spod przymrużonych powiek zobaczyłam jak Lucy, już ubrana, wyciąga ręce do mojej twarzy. To mnie wystarczająco przekonało, że pora wstawać.
Kiedy Lucy zawisła tuż nade mną, otworzyłam oczy, i krzyknęłam " Już nie śpię!!!". Dziewczyna była zaskoczona do tego stopnia, że spadła z mojego łóżka na podłogę.
Parsknęłam niekontrolowanym śmiechem, a Lucy się do mnie przyłączyła.
Z wielkim żalem wygramoliłam się z łóżka, westchnęłam i rozejrzałam się po pokoju.
               Było to całkiem przestronne pomieszczenie z wielkim oknem, wychodzącym na błonia i kawałek Zakazanego Lasu. Dwa łóżka były już puste i pięknie pościelone. Nasze współlokatorki Lili Evans
 i Margaret  Donson, wyszły już na śniadanie. Spojrzałam na łóżko moje i Lucy, obie zostawiłyśmy je niepościelone. Trudno pomyślałam, zasłoni się kotarami i będzie porządek.
Zabrałam rzeczy z kufra i poszłam do łazienki. Gdy skończyłam się szykować (zmieniać kolor włosów itp.), zastałam Lucy, czytającą książkę.
        
                   Zeszłyśmy na śniadanie. Przy stole Gryffindoru, nie było zbyt dużego tłoku. Ze znajomych twarzy dostrzegłam huncwotów prowadzących jakąś ożywioną rozmowę, a kilka miejsc dalej….  Tak! Nie myliłam się. Siedział obok swojego kumpla i najwyraźniej opowiadał jakiś kawał bo jego kolega śmiał się do rozpuku. Jack Patil. Chłopak, w którym bujałam się od 3 miesięcy, ale bałam się powiedzieć co czuję. Mój sąsiad z którym spędziłam miło wakacje.
Głos Alice sprowadził mnie na ziemię. Odwróciłam się, i się uśmiechnęłam do zbliżającej się przyjaciółki.
               ~ Jak tam nocka? Niech zgadnę…  plotkowałaś sobie z Lisą o wakacjach, ciuchach i chłopakach? - spytałam z nutką sarkazmu w głosie.
               ~ HA, HA, HA, ale śmieszne! - naburmuszyła się Alice.
Rozstałyśmy się z puchonką i podeszłyśmy do stołu. Nałożyłam sobie cały talerz naleśników z dżemem i oglądałam sowy które właśnie wleciały do Wielkiej Sali, przynosząc paczki z rzeczami zapominalskim uczniom. Kawałek obok mnie na stół spadła sporej wielkości paczka niesiona przez pięć sów, wychyliłam się by zobaczyć odbiorcę, Frank Longbotton z wielkimi rumieńcami i zawstydzoną miną, wyciągał właśnie ręce do paczki. Spojrzałam na stół Hufflepuffu, by zobaczyć jak równie wielka paczka ląduje na stole przed moją przyjaciółką. Uśmiechnęłam się pod nosem.
                ~ Sonea Rickwoold - szorstki głos zwrócił moją uwagę
                ~ Soneo, chyba chcesz poznać swój plan lekcji, prawda? - McGonagall patrzyła na mnie groźnie.
                ~ Oczywiście, Pani Profesor, przepraszam. - Nauczycielka podała mi zwitek pergaminu.
Gdy Lucy otrzymała podobny zaczęłyśmy je porównywać.
                ~ Och nie! Pierwsze są runy! Nienawidzę ich!!! - Jęknęłam. ~ A ty co masz pierwsze?
                ~ Ty nic mi nie mów, ja mam teraz DWIE GODZINY numerologii, chyba się zabiję! - Lucy wyglądała na załamaną.
W tym momencie, nasze jęki przerwała dosiadająca się Alice. Wyglądała na całkiem zadowoloną, w przeciwieństwie do nas.
                ~ Zobaczcie jakie mam szczęście! Dzisiaj zaczynam od dwóch godzin obrony przed czarną magią, potem godzina wolna, a potem opieka nad magicznymi zwierzątkami! - Alice niemal nie spadła z ławki z tej radości, co nie oznaczało, że nie potrąciła ręką dzbanku z sokiem dyniowym. Wszystko wylało się, OCZYWIŚCIE na mnie.
Westchnęłam, pozbierałam rzeczy lekceważąc śmiech obu dziewczyn i wyszłam z Wielkiej Sali.
                 
                   Zatrzymałam się w jakimś ciemnym i pustym korytarzu, wyjęłam różdżkę i zaczęłam od osuszania torby. Gdy skończyłam także ze swoimi szatami. Odwróciłam się, by znaleźć się twarzą, w twarz, z najokropniejszą dziewczyną jaka chodziła po Hogwarcie, gorszą nawet od Margaret, czy nawet Lisy z Hufflepuffu.
Narcyza Black. Razem ze swoimi ślizgońskimi "psiapsiółkami" była najgorszym, a zarazem najgłupszym zestawem osób na świecie. Aż trudno było uwierzyć, że była to kuzynka Syriusza.
                ~ Sonea, złotko - zwróciła się do mnie,Narcyza tak słodkim głosem, że zrobiło mi się niedobrze.
                ~ Nie mów tak do mnie. - powiedziałam spokojnym, ale najbardziej chłodnym tonem na jaki było mnie stać.
Nienawidziłam tej wymalowanej do granic możliwości dziewczyny.
                ~ Spokojnie koteczku, nie bądź tak agresywna. - Uśmiechnęła się sztucznie, a jej towarzyszki zachichotały.
                ~ No powiedz co mamy z Tobą zrobić? - Spytała jędza po chwili ciszy.
Wiedziałam, że nawet jeśli dziewczyny, które stały przede mną nie są najmądrzejsze to walka 1 na 6 nie była by dobrym pomysłem.
Zastanawiałam się jakim podstępem się wykręcić od tych jaszczurek.
 Dobra. -pomyślałam - Koniec przedstawienia! - Gdy nagle usłyszałam.
                ~ Cyziu daj już spokój temu gumochłonowi i chodź tutaj! - Jęknęłam, doskonale znałam ten głos, i wierzcie mi, gorzej już być nie mogło!
                 
                   Niedaleko nas stał wysoki i bardzo przystojny ślizgon,( no nie jestem pewna czy był przystojny, nigdy nie potrafiłam tego stwierdzić, ale westchnienia większości dziewczyn na jego widok, mówiły same przez się).
Tak, Lucjusz Malfoy. Idealnie się dopasowali do siebie z Narcyzą, dwoje najgorszych ślizgonów, w Hogwarcie, no może z wyjątkiem SAMI-WIECIE-KOGO.
                ~ Och, Lucjuszku! Tak się stęskniłam! - Narcyza rzuciła się w ramiona swojego chłopaka.
                ~ Ależ Cyziu widzieliśmy się wczoraj wieczorem! - Zaprotestował Malfoy.
Spojrzałam na psiapsiółki Narcyzy. Wszystkie wpatrzone były w Malfoya, jak w obrazek.
Prychnęłam z pogardą. Malfoy spojrzał na mnie, zniesmaczonym wzrokiem.
Wiem co czuł, też bym miała wrażenie, ze najadłam się smoczego łajna, gdyby ten kaszalot powiesił mi się na szyi.
                 ~ Coś ci nie pasuje? - spytał chłodno.
                 ~ Eee, no nie wiem, co to może być… Zastanówmy się. O już wiem!     WY!   - Stwierdziłam sarkastycznie
                 ~Wiesz jeśli nie chcesz patrzeć to nie musisz - Malfoy, już uniósł różdżkę.
Zanim zdążyłam zareagować, krzyknął
                 ~ Levicorpus !
Poczułam jak jakaś niewidzialna siła ciągnie mnie za kostkę. Zawisłam do góry nogami, a moja wierzchnia szata opadła mi na oczy. Cieszyłam się, że założyłam pod spód dżinsy, choć koszula lekko mi padła odsłaniając brzuch.  Usłyszałam oddalające się kroki, i śmiech tych przebrzydłych węży. Sięgnęłam po różdżkę do kieszeni, ale tam jej nie było.
 No super. - jęknęłam w myślach.
Podniosłam skraj szaty opadającej mi na oczy i rozejrzałam się za różdżką.
Leżała kilka metrów ode mnie.
Ściągnęłam wierzchnią szatę, która za bardzo mi przeszkadzała, i rzuciłam ją na leżącą niedaleko torbę.
Po szkole rozbiegł się dźwięk dzwonu zwołującego uczniów na lekcje.
   Westchnęłam, do siebie
                 ~ Witaj w domu.



                                                                             ***



                       To dziwne - pomyślałam- minęło już 10 minut lekcji, a Sonii nie jak nie było tak nie ma! Nie, żeby należała do osób punktualnych, ale zielarstwo to był jej ulubiony przedmiot i jeszcze nigdy nie zdarzyło jej się spóźnić.
                  ~ Panno Bone, czy nadal jest pani z nami? - Usłyszałam głos nauczycielki.         
                  ~ Tak, Pani Profesor. -  Odpowiedziałam drżącym głosem.
                  ~Więc, proszę zaprezentować, na podstawie moich tłumaczeń w jaki sposób zebrać płatki z kwiatu gromnika pospolitego - wskazała na roślinę przed sobą.
                Szlag - pomyślałam.
Często zdarzało mi się nie uważać na lekcji, ale nasza Nauczycielka od zielarstwa, zawsze to zauważała.
Zwykle Sonia mi pomagała dawała szybkie wskazówki, a ja podchodziłam i wykonywałam wszystko poprawnie, na co Nauczycielka miała nietęgą minę.
Ale, tym razem nie miałam obok siebie Sonii, i jej zamiłowania do tego przedmiotu.
             Z duszą na ramieniu podeszłam do wskazanej rośliny.
Wyglądała zwyczajnie tak jak te wszystkie kwiaty, które mugole trzymają w ogródkach lub w doniczkach na parapecie.
Był jeden problem - Nie było kwiatów.
Domyśliłam się, że trzeba było ją jakoś połaskotać czy coś podobnego, by roślina zakwitła. Tylko, że jeden fałszywy ruch i stracę punkty, duuuuuużo punktów.
No trudno, raz kozie śmierć!
             Obejrzałam roślinę uważnie, i zobaczyłam coś dziwnego, roślina miała jeden kolec, tuż przy ziemi.
Pociągnęłam nim w duł jak dźwignią, kolec złamał się, a roślina się zatrzęsła.
Spojrzałam niepewnie na Nauczycielkę. Jej wzrok zdradzał czyste zdziwienie, co pewnie oznaczało, że dobrze postąpiłam.
W tym momencie, z trzęsącej się rośliny, wyrosła długa łodyga, zakończona szarym pączkiem. Wyglądała trochę jak berło, bo łodyga była idealnie prosta i nie posiadała liści.
Zobaczyłam jak płatki pączka zaczynają się rozchylać, ukazując najpiękniejszy kwiat jaki kiedykolwiek widziałam.
Kształtem przypominał kwiat lilii, pachniał przepięknie, ale największą uwagę przykuwał kolor kwiatu.
Był soczyście pomarańczowy blisko kielicha i na środku płatków,  a brzegi miał ciemno szare.
Westchnęłam z zachwytu, a razem ze mną uczyniła to cała klasa.
             Nagle poczułam silną niechęć do uszkodzenia tak pięknej rośliny.
Czułam, że zniszczenie tego cuda było by czynem równie niegodziwym co wbicie komuś sztyletu w plecy.
             Już nic się nie liczyło, był tylko ten kwiat, ten słodki zapach, te barwy.
Stałam tam i nie patrzyłam na nic innego, widziałam tylko tę roślinę.
Wszystko się jakby oddaliło.Nie zwracałam uwagi na resztę szklarni, na nauczycielkę, na krzyki w oddali, na nic.
             Chwila! -Krzyki?
Wróciłam do rzeczywistości, cała klasa krzyczała, ale nie rozumiałam o co chodzi.
Dopiero kiedy chciałam się poruszyć, zrozumiałam dlaczego klasa była przerażona.
Spojrzałam w dół.
Całe moje ciało otaczały grube łodygi, powoli zacieśniające się coraz bardziej wokół mnie.
Spojrzałam bezradnym wzrokiem na Panią Rownkins.
              Siedziała spokojnie, na krześle i patrzyła co zrobię.
Super! - Najwyraźniej mówiła co zrobić kiedy to bydle zaczyna atakować, a ja jej znowu nie słuchałam.
Popatrzyłam bezradnym wzrokiem po klasie. Nikt się nie odzywał. Wszyscy bali się gniewu Pani Rownkins.
              Zielsko owinęło się już wokół moich ramion i zaciskało się coraz bardziej.
               ~ Nie umiem! -Krzyknęłam.
               ~ Przepraszam nie słuchałam Pani! - Byłam załamana.
Pani Rownkins spojrzała na mnie chłodno. Wzięła różdżkę i wymamrotała zaklęcie pod nosem.
Roślina zastygła i zaczęła wysychać, po czym rozpadła się w drobny pył.
W doniczce został tylko szaro-pomarańczowy kwiat.
               ~ No cóż w takim razie jestem zmuszona Cię ukarać. -Spojrzała na mnie surowo.
Postanowiłam milczeć, żeby nie pogorszyć sytuacji.
               ~ Pojutrze,ma do mnie trafić 5 stóp wypracowania o gromniku pospolitym. Masz uwzględnić, wygląd, działania obronne, zastosowanie, prawidłowe pozyskiwanie płatków i pochodzenie.
W oddali rozległ się głos dzwonu oznaczający koniec lekcji.
               ~ Dziękuję wam, to wszystko.- wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia.
               ~ A byłabym zapomniała. Panno Bone - Odwróciłam się na pięcie. -Gryffindor traci 20 punktów.
Cholera! Musiało jej się przypomnieć!
Chciałam protestować, ale zamiast tego skinęłam tylko głową i wyszłam.
                Muszę szybko znaleźć Sonię, bo bez niej to na bank nie dam rady zrobić tego wypracowania, - Pomyślałam.
Po za tym, zaczynałam się już niepokoić jej nieobecnością.
                 Poszukam Alice, może ona będzie wiedziała gdzie, jest tęczowo-włosa.




                                                                     ***




 Wracałam właśnie z błoni po godzinie ciszy i dręczenia kałamarnicy, gdy usłyszałam swoje imię.
Odwróciłam się i ujrzałam biegnącą od strony szklarni Lucy.
Uśmiechnęłam się, gdy nagle zdałam sobie sprawę, że coś nie gra.
                  ~ Gdzie Twoja nierozłączka? - Zapytałam, zaniepokojona, zanim Lucy zdążyła coś powiedzieć.
Jeśli Sonia nie była z Lucy to tylko z naprawdę ważnych powodów.
                  ~ Właśnie o to samo miałam Ciebie zapytać! Nie widziałam jej od śniadania! - Wysapała Lucy, wciąż próbując złapać oddech po biegu.
                  ~ Ja również. - Spojrzałyśmy na siebie zaniepokojone.
Jeśli żadna z nas nie wiedziała co się z nią dzieje to znaczy, że miała tarapaty. -ZNOWU.
 Ruszyłyśmy szybko w stronę drzwi.
                  ~ I nie było jej na zielarstwie? - Zapytałam.
                  ~ Nie
Ups… to znaczy, że miała poważne tarapaty.
Zazwyczaj dawała sobie rade sama, i wychodziła ze wszystkich opresji cało, ale jeśli nikt jej nie widział od trzech godzin, i jeśli nie udało jej się dotrzeć na zielarstwo. To musiało się jej coś stać.
                  ~ Tak jej nie znajdziemy. - Stwierdziła Lucy.
                  ~ Tiaa, trzeba się rozdzielić. Ty poszukaj blisko sal lekcyjnych, w których miała mieć lekcje przez te trzy godziny, a ja popytam ludzi może ktoś widział kolorowo-włosom dziewczynę. - przyśpieszyłam kroku.
                  ~ Niezależnie od wyniku poszukiwań, spotykamy się na lekcji opieki, to będzie za… - Spojrzałam na zegarek. - dokładnie 25 minut.- Spojrzałam na Lucy.
Ta tylko skinęła głową.
Wiedziałam, że przystała na to z niechęcią. Najchętniej zerwałaby się z lekcji byle by tylko znaleźć przyjaciółkę. Zresztą ja też nie chciałam jej zostawiać, dla lekcji, ale zerwanie się z lekcji było dla mnie czymś dziwnym, poza tym byłam zbyt leniwa by nadrabiać lekcje, a Lucy też by się nie chciało znając życie.
                  Rozdzieliłyśmy się i zaczęłam pytać przypadkowych uczniów, napotkanych na korytarzach, ale jak było do przewidzenia nikt z nich nie widział Soni.
Obok mnie przeszły jak zwykle wymalowane i rozchichotane dziunie, na czele z Narcyzą Black.
Z trudem powstrzymałam się od wymiotowania na ich widok.
Przez następne 10 minut nadal nikt nie wiedział co stało się z tęczową czarownicą.
                   Popatrzyłam bezradnie, po korytarzu, mój wzrok przykuła grupka czterech chłopaków schodzących po schodach i śmiejących się w najlepsze.
Podbiegłam do nich.
Jeśli ktoś w ogóle, wiedział gdzie mogła zniknąć jakaś dziewczyna to byli to właśnie oni. Huncwoci.
                   ~ Cześć, sorka, że przeszkadzam, ale nie widzieliście może Sonii? Nie widziałyśmy jej od trzech godzin i zaczynamy się niepokoić.
                   ~ Czy to ta laska z kolorowymi włosami?  - Spytał Syriusz, przeczesując sobie włosy palcami.
                   ~ Tak to ta "laska" . Widzieliście ją? - Spytałam.
 Popatrzyłam na nich z nadzieją.
                   ~ Przykro mi, ale nie widzieliśmy twojej przyjaciółki, ale możemy pomóc Ci szukać - Zaoferował Remus Lupin.
                   ~ O tak! Panowie mamy misję! Dama w opałach! - Wyrywał się ochoczo James, węsząc nową przygodę.
Westchnęłam cicho, Huncwoci byli największymi rozrabiakami jakich znał Hogwart, na drugim miejscu były Sonia i Lucy.
                   ~ Rozdzielmy się - zarządził Lupin - Syriusz i James, sprawdźcie 2 i 3 korytarz. Alice z łaski swojej pójdź z Peterem i posprawdzajcie Lochy i parter . Ja sprawdzę 5 i 6 korytarz.
                   ~ Spotkamy się za pół godziny w Sali Wejściowej. Huncwoci potaknęli.
                   ~ Chwila! za 13 minut zaczyna się lekcja opieki nad zwierzętami! Macie zamiar z niej zrezygnować? - Spojrzałam na nich z niedowierzaniem.
Peter parsknął śmiechem.
                   ~ A co myślałaś, że będziemy siedzieć grzecznie na murku i patrzeć na kolejne zwierzaki, podczas gdy TWOJEJ przyjaciółce coś się dzieje?
No tak cali oni. Każdy powód dobry by się wywinąć od lekcji.
                   ~ No dobra, jakby ktoś z was spotkał Lucy to powiedzcie jej, że ja też nie idę, i jeśli będzie chciała niech dołączy się do was. -Poprosiłam zrezygnowana, i poszłam z Peterem w stronę Lochów.




                                                                       ***




Szedłem po pustym korytarzu na 5 piętrze. Minęło już 12 minut a jeszcze jej nie znalazłem. Muszę to zrobić, to JA muszę ją znaleźć. Ta dziewczyna podobała mi się już od dwóch lat, a to była jedyna szansa by do niej zagadać. Oczywiście taki Syriusz, czy James nie miałby z tym problemów, ale ja nie potrafię tak zagadać do dziewczyny jak Syriusz.
Moje rozmyślania przerwał odgłos kroków. Zza rogu wyszła dziewczyna.
                     ~ Cześć Remusie! Widziałeś może Sonię, zgubiła się nam i teraz nie możemy jej znaleźć. -Spytała Lucy.
Uśmiechnąłem się, mimo wszystko żałując, że to nie zagubiona.
                     ~ Och, witaj Lucy. Niestety nie widziałem jej. Ja również jej szukam.
                     ~ Niech zgadnę Alice poprosiła was o pomoc?
                     ~ Tak, przyłączysz się do mnie? -Spytałem
Lucy w odpowiedzi skinęła głową i ruszyła za mną.
                      ~ Alice prosiła by Ci przekazać, że nie idzie na lekcje, i że jeśli chcesz uczynić tak samo to nie ma problemu.
Lucy wyglądała na zachwyconą tą propozycją i od razu na nią przystała.
I odeszliśmy w stronę schodów prowadzących na 6 piętro.




                                                                               ***




                        ~Jak myślisz Syriuszu gdzie ona mogła się schować? - Spytał James.
Rozejrzałem się po pustym korytarzu na 3 piętrze. Minęło już 15 minut i mimo wszystkich znanych nam przejść nie udało nam się znaleźć dziewczyny.
                        ~ Nie wiem. Nic nie przychodzi mi do głowy. -Stwierdziłem
Nagle zauważyłem pasek torby która musiała leżeć za rogiem.
                        ~ Rogasiu, albo mi się wydaje albo znaleźliśmy naszą zgubę. -mruknąłem zadowolony.
James potrzebował krótkiej chwili by zorientować się na co patrzy. Szeroki uśmiech zagościł na jego twarzy.
Wyciągnęliśmy różdżki i zakradliśmy się tuż obok torby.
Wyskoczyliśmy za róg gotowi na zaklęcia lecące w naszą stronę, ale nic takiego się nie wydarzyło.
Zamiast wycelowanych w nas różdżek ujrzeliśmy Sonię.
                          Wisiała do góry nogami zahaczona nogą o coś niewidzialnego, szatę wierzchnią znaleźliśmy obok torby.
Dziewczyna była w białej koszuli do kompletu szat i legginsy.
Różdżka Sonii leżała kilka kilka metrów od niej.
Sama Sonia wisiała bezwładnie, z twarzą czerwoną jak wiśnia od krwi spływającej jej do głowy.
Najwyraźniej ktoś potraktował ją Levicorpusem, i biedaczka wisiała tak ze trzy godziny.
                        ~ James złap ją jak będzie spadała.
James podszedł do tęczowo-włosej.
                        ~Liberacorpus! - Mruknąłem.
Bezwładne ciało, spadło na Jamesa z takim impetem, że chłopak o mało się nie wywrócił.
Podbiegłem do nich. James ostrożnie położył dziewczynę na zimnej posadce.
Twarz nadal miała nabiegłą od krwi. Musiała przez to zemdleć. James dotknął ręką jej czoła.
                        ~ Jest rozpalone.Trzeba zabrać ją do skrzydła szpitalnego by Pani Pomfrey się nią zajęła. - Stwierdził James.
                        ~ Zaniosę ją tam, a ty leć powiadomić resztę. - Wziąłem gryfonkę na ręce.
Rozejrzałem się po korytarzu.
                        ~ A i weź może jej rzeczy ze sobą. - Rzuciłem na odchodnym.
James pozbierał torbę, różdżkę, i szatę, i pognał w kierunku schodów, a ja ruszyłem powoli w stronę skrzydła.
                         Chyba po pięciu minutach zdałem sobie sprawę, że może i Sonia nie była ciężka, ale fakt, że była bezwładna, powodował, że nie wygonie się ją niosło.
Właściwie mogłem wyciągnąć różdżkę i zanieść ją tam przy pomocy zaklęcia, ale nie chciało mi się wyciągać różdżki, z kieszeni.
W końcu zapukałem do drzwi skrzydła i bez czekania na zgodę wparowałem do środka. Pomieszczenie było puste, z wyjątkiem jakiegoś chłopaka z 3 klasy całego pokrytego w niebieskie plamki, i Pani Pomfrey, która właśnie wyszła ze swojego gabinetu.
                          Natychmiast wskazała jedno łóżko, po czym pobiegła do gabinetu po lekarstwa.
Położyłem ostrożnie dziewczynę na łóżku i przyciągnąłem sobie krzesło.
 Po chwili Pani Pomfrey wyszła niosąc dwa podejrzanie wyglądające pojemniki.
                           ~ Jak długo wisiała? -Spytała, nie odrywając wzroku od pacjentki.
                           ~ Około trzy godziny. - Mruknąłem
Zacmokała z niezadowolenia i kazała mi wyjść by nie przeszkadzać.
                          Gdy tylko zamknąłem drzwi zalała mnie fala pytań od Alice i Lucy.
Na wszystkie odpowiedzieliśmy z Jamesem, chyba po trzykroć.
I zaczęliśmy uspakajać zdenerwowane koleżanki.
                          ~Pożyjemy, zobaczymy. - Stwierdził rezolutnie Peter i na tym pytania się skończyły





Hej,
Sorry was za te opóźnienia, będę się starać więcej do tego nie dopuścić. Obiecuję.
Pamiętajcie - wszelkie krytyki i inne negatywne opinie miło widziane, bo jak mawiają mądrzy ludzie, "Człowiek uczy się na swoich błędach"
                                                                                                                 ~MoonLight

PS. Jakby co jestem cholerną detalistką, więc jeśli w tekst wkradnie się za dużo nudnych opisów proszę to zgłosić ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz